04.09.2023, 01:08 ✶
Stanley
Przez krótki moment wszystko wróciło do normy. Korytarz znowu był tylko korytarzem. Z elektryką nie działo się nic zaskakującego. Numerki na drzwiach prowadzących do kajut bogatych podróżujących złociły się w świetle lamp.
A potem w Stanleya uderzyło kolejne wspomnienie. Pływająca łódź i on na tej łodzi, sporo ludzi i majacząca na horyzoncie Perła morza. Ale dlaczego miałby płynąć z obcymi, dziwnie ubranymi ludźmi na Perłę morza? Czemu właściwie był przekonany, że płynął razem z nim Anthony Burkes? Czemu przypomniał sobie jego dowcipkujący głos i kompletnie bezsensowne zdanie: W takim razie, nie mogę ominąć następnego balu. Twoja siostra w sukience i z ograniczoną wolnością? To może być bezcenne.
Jaka siostra? Przecież Burkes uganiał się za Marianne, jakby się regularnie opijał amortencji. Amortencji?
Stanleyowi znowu zakręciło się w głowie i znowu przypomniało mu się, że to nie pierwszy, nawet nie drugi raz na tym statku, bo przecież zakręciło mu się w głowie i na pokładzie, kiedy… kiedy co…? Kiedy upadał. A Anthony Borgin upadał razem z nim. I Prewett upadł. I…
I nie był żadnym Pembertonem. Owszem, Stanley Pemberton istniał. Żył prawie siedemdziesiąt lat wcześniej. Miał ojca, który wykupił mu patent oficerski. Był młody, ambitny, całkiem przystojny. Miał karierę i zginął podczas katastrofy statku. A on, Stanley Borgin, teraz jakimś cudem przeżywał jego wspomnienia, tkwił w jego głowie i jeśli się nie wydostanie, jeśli wszyscy się nie wydostaną to… to podzielą los tamtych.
Laurent, Anthony
Samuel wszedł do pokoju Marianne i jej matki jako ostatni. A gdy zrozumiał co się stało, po prostu zamarł i stał jak kołek, nie za bardzo wiedząc jak powinien zareagować. Tak, zawsze źle radził sobie z kobietami, ale tu sytuacja była fatalna. Jedna nie żyła a druga oszalała. I Laurent chyba też oszalał, skoro podniósł lampę i uderzył nią w panią Fawley.
Ale najdziwniejsze nie było nawet zachowanie brata Anthony’ego, ile to co w chwili ciosu lampą stało się z Persefoną Fawley. Bo najdziwniejsze było to, że…
…że kobieta wcale nie upadła, nie odpowiedziała atakiem na atak, nawet się nie zatoczyła, ani tym bardziej nie krzyknęła, ale zamieniła się w kałużę morskiej, słonej wody, która chlusnęła na Anthony’ego i leżącą w jego ramionach Marianne.
- Wydaje mi się, że… - zaczął Samuel i na oczach Anthony’ego i Laurenta również on zamienił się w kałużę wody.
Marianne tymczasem, jakimś przedziwnym sposobem, znalazła się na łóżku. Leżała na nim na wznak, z rękoma splecionymi na piersiach. Jej klatka piersiowa opadała i unosiła się ledwo dostrzegalnie.
I jeśli krzyk Laurenta to wciąż było za mało dla Anthony’ego, to wszystko, co właśnie wydarzyło się na jego oczach, musiało coś odblokować w jego umyśle. Przypomniał sobie łódź, niecierpliwą Brennę Longbottom, która zawsze pchała się w tarapaty i nigdy nie dała się zaprosić na prawdziwą randkę, przypomniał sobie wreszcie usiany nieprzytomnymi pokład statku widmo i to, kim był naprawdę.
Teraz już pamiętali kim są i wiedzieli, że najprawdopodobniej śnią cudze sny a wcześniej przeżywali cudze życia. Ale co musieli teraz zrobić, by oprzytomnieć naprawdę?
Tura trwa do 08.09.2023 roku do godziny 21.00