04.09.2023, 01:55 ✶
- Obić facjatę? Proszę cię. Widzisz tę twarz? Nikt jej nawet nie dotknął - odparł Bulstrode, spoglądając na Louvaina z należytą dozą wyższości w jego głosie, która nawet nie próbowała być odpowiedzią na uszczypliwy ton przyjaciela. Ba, Atreus miał wrażenie, że nic nie mogło zmącić tego przyjemnego poczucia bycia lepszym. Niby głupi artykuł w przeciętnej gazecie nie powinien tak na niego działał, ale cóż... jego ego było nad wyraz podatne na wszelkie tego typu miłe przypadki. - Muszę jednak przyznać, że błędem było wejście w to ognisko, może gdyby to Longbottom padł jak kłoda idąc na spacer do Limbo, to ranking by się odwrócił. - Nie. Nie miał zamiaru pozwolić, by jego mały sukces został przyćmiony przez fakt, że znajdował się dopiero na trzecim miejscu i tu pod Longbottomem. Jakaś jego część faktycznie nad tym ubolewała, druga natomiast rozumiała - Erik miał przewagę stażu, jeśli chodziło o pojawianie się w gazetach, a na pewno jego numerowi dwa sprzyjał fakt, że nie tak dawno Brenna wystawiła go na licytację. Przecież części natomiast wystarczyło, że przynajmniej w tym ich małym gronie trzech osób był najlepszy.
- Nie bądź zazdrosny - zacmokał na niego z pełną kpiny dezaprobatą. - Zawsze możesz się przebranżowić na aurora i pokazać na następnym spotkaniu ze śmierciożercami, wtedy na pewno ktoś doceni twój heroizm.
Nawet jeśli Atreus był aurorem, to jakkolwiek to nie brzmiało - nie miał nic przeciwko czarownikom per se. W całej jego służbie chodziło o dwie rzeczy 1. przejęcie schedy po ojcu, 2. znajdował w tej profesji szansę na używanie siły kiedy miał taką fantazję. Lubił czuć się lepszy i silniejszy od innych, a podążanie za literą prawa pozwalało zwyczajnie na robienie rzeczy w sposób legalny. Nie posiadał też złudzeń - jakaś część niego domyślała się, że niektórzy z ludzi których zna, mogli należeć do popleczników Czarnego Pana. Nigdy nie ćwiczył sobie w głowie co by powiedział, gdyby się o czymś takim dowiedział, ale pierwsze co przychodziło mu do głowy to złośliwa prośba, by nie celować mu prosto w twarz. Bulstrode był skory do przysług, szczególnie kolekcjowania ich u innych, więc pewnie gdyby któryś z obecnych z nim panów zebrał się na zwierzenia to, cóż...
Spojrzał w swoje karty jeszcze raz, po czym upił ze stojącej przed nim szklaneczki, by zaraz sięgnąć po oferowany mu papieros z pełnym zadowolenia uśmiechem. W przeciwieństwie jednak do Borgina, absolutnie zignorował hostessę, która przyniosła im popielniczkę. Karty były ważniejsze.
- Ośmielam się wystosować twierdzenie, że każdy kto gra w Quidditcha jest przynajmniej trochę popularny, a Longbottom był obrońcą - rzucił w odpowiedzi Anthony'emu. Mógł nie pamiętać ogólnie jak Erikowi powodziło się w szkole, ale jeśli chodziło o jego obecność na boisku, to było już co innego.
- Mądrego to i dobrze posłuchać. - pokiwał ochoczo głową na słowa Borgina. Order byłby całkiem miłym akcentem w jego życiu. - Ale po co się rozdrabniać. Order i niech mi dadzą jeszcze całe Biuro pod opiekę. Ba, departament - uśmiechnął się do swoich myśli. Mierzył wysoko, ale w nic co byłoby poza jego zasięgiem. To, jak potoczyło się dla niego Beltane tylko mu sprzyjało, w papierach wyglądając zwyczajnie dobrze. Dzielny auror, który postanowił działać i zapobiegać katastrofie, która właśnie się wydarzała - ktoś taki w opinii publicznej był idealnym materiałem na dyrektora Departamentu Przestrzegania Prawa.
- Oj Tony, czyżby żadna ładna panna nie chciała ci dać wianka w Beltane, że tak ci ten temat przeszkadza? - uśmiechnął się do niego drwiąco. - Jestem absolutnie przekonany, że gdybyś ładnie poprosił, jakaś z chęcią by cię jakimś obdarzyła, a tak... omija cię cała magia - ostatnie słowa wypluł niemal z pretensją. Oj oddałby wszystko, żeby ten przeklęty wianek ktokolwiek inny wrzucił na pal i teraz nie wiązałoby go żadne upiorne zaklęcia akurat z Longbottom.
- Nie bądź zazdrosny - zacmokał na niego z pełną kpiny dezaprobatą. - Zawsze możesz się przebranżowić na aurora i pokazać na następnym spotkaniu ze śmierciożercami, wtedy na pewno ktoś doceni twój heroizm.
Nawet jeśli Atreus był aurorem, to jakkolwiek to nie brzmiało - nie miał nic przeciwko czarownikom per se. W całej jego służbie chodziło o dwie rzeczy 1. przejęcie schedy po ojcu, 2. znajdował w tej profesji szansę na używanie siły kiedy miał taką fantazję. Lubił czuć się lepszy i silniejszy od innych, a podążanie za literą prawa pozwalało zwyczajnie na robienie rzeczy w sposób legalny. Nie posiadał też złudzeń - jakaś część niego domyślała się, że niektórzy z ludzi których zna, mogli należeć do popleczników Czarnego Pana. Nigdy nie ćwiczył sobie w głowie co by powiedział, gdyby się o czymś takim dowiedział, ale pierwsze co przychodziło mu do głowy to złośliwa prośba, by nie celować mu prosto w twarz. Bulstrode był skory do przysług, szczególnie kolekcjowania ich u innych, więc pewnie gdyby któryś z obecnych z nim panów zebrał się na zwierzenia to, cóż...
Spojrzał w swoje karty jeszcze raz, po czym upił ze stojącej przed nim szklaneczki, by zaraz sięgnąć po oferowany mu papieros z pełnym zadowolenia uśmiechem. W przeciwieństwie jednak do Borgina, absolutnie zignorował hostessę, która przyniosła im popielniczkę. Karty były ważniejsze.
- Ośmielam się wystosować twierdzenie, że każdy kto gra w Quidditcha jest przynajmniej trochę popularny, a Longbottom był obrońcą - rzucił w odpowiedzi Anthony'emu. Mógł nie pamiętać ogólnie jak Erikowi powodziło się w szkole, ale jeśli chodziło o jego obecność na boisku, to było już co innego.
- Mądrego to i dobrze posłuchać. - pokiwał ochoczo głową na słowa Borgina. Order byłby całkiem miłym akcentem w jego życiu. - Ale po co się rozdrabniać. Order i niech mi dadzą jeszcze całe Biuro pod opiekę. Ba, departament - uśmiechnął się do swoich myśli. Mierzył wysoko, ale w nic co byłoby poza jego zasięgiem. To, jak potoczyło się dla niego Beltane tylko mu sprzyjało, w papierach wyglądając zwyczajnie dobrze. Dzielny auror, który postanowił działać i zapobiegać katastrofie, która właśnie się wydarzała - ktoś taki w opinii publicznej był idealnym materiałem na dyrektora Departamentu Przestrzegania Prawa.
- Oj Tony, czyżby żadna ładna panna nie chciała ci dać wianka w Beltane, że tak ci ten temat przeszkadza? - uśmiechnął się do niego drwiąco. - Jestem absolutnie przekonany, że gdybyś ładnie poprosił, jakaś z chęcią by cię jakimś obdarzyła, a tak... omija cię cała magia - ostatnie słowa wypluł niemal z pretensją. Oj oddałby wszystko, żeby ten przeklęty wianek ktokolwiek inny wrzucił na pal i teraz nie wiązałoby go żadne upiorne zaklęcia akurat z Longbottom.