04.09.2023, 02:58 ✶
Patrick wzruszył ramionami. Mimowolnie się spiął, jakby podświadomie wyczuwając, że nie tylko te spoglądające na nich z płaskorzeźb kobiety ich obserwują. Weszli do loży wampira, naprawdę miał nadzieję, że może być inaczej?
- Te tutaj raczej nie są skrzywdzone przez mężczyzn – zauważył z cieniem rozbawienia w głosie. Mówił cicho, dość cicho, a jednak przez miejsce, w którym się znajdowali, jego głos roznosił się bardziej niżby tego chciał. - To raczej one… skrzywdziły mężczyzn.
I wtedy do jego uszu dotarł trzepot skrzydeł. Steward odwrócił się momentalnie w tamtym kierunku, spodziewając się (a jakże, oczywiście, że tak) dojrzeć lecącego w ich kierunku nietoperza ale go nie zobaczył. A zamiast tego poczuł… dumę?
Zamarł. Zmarszczył brwi, mrugając szybko. Wspomnienie uderzało w niego raz za razem. Było miłe. W swoim wydźwięku gorzkie, bardzo gorzkie, ale miłe, tak bardzo miłe, że prawie zachciało mu się upić z żalu. A Patrick chyba nie spodziewał się, że cokolwiek, co przeżył jego ojciec mogło być miłe. I mogło pokazywać, że kochał swojego syna. Tak, pewnie gdyby nie Beltane, Steward zgodziłby się, że ojciec musiał go jakoś kochać, ale dużo plastyczniej potrafił sobie wyobrazić, że nie myślał o nim w ogóle, że wolał poświęcić się Grinewaldowi, bo był takim samym wariatem jak on. Ale to wspomnienie było miłe. Ciepłe. Przyjemne. Patrick sam poczuł dumę. Ba, był pewien, że właśnie tak kochałby własne dziecko.
- Kurwa – wymamrotał pod nosem, bardziej do samego siebie niż do Brenny.
Ta nie dostrzegła, by któryś z sarkofagów był naruszony. Wszystkie wyglądały jednakowo bezosobowo, cudownie białe i prostokątne z łacińskimi sentencjami wyrytymi obok dwóch najważniejszych dat życia: dnia narodzin i śmierci.
- Jak rodzina to pozdrówcie – usłyszeli leniwy, ciepły głos dobiegający z kąta mauzoleum. Stała tam kobieta o ciemnych włosach i jasnej skórze. Ubrana była bardzo współcześnie, w elegancką koszulę w pepitkę oraz czarną, ołówkową spódnicę do połowy łydki. Była bardzo atrakcyjna i wyglądała trochę nazbyt strojnie jak na okazję, w której się znajdowała. – Jest jakiś powód, czemu postanowiliście się włamać do tego rodzinnego mauzoleum? – zapytała, a potem skupiła uwagę na Brennie. – Nie jesteś z rodziny. Gdybyś była, wiedziałabym.
- Te tutaj raczej nie są skrzywdzone przez mężczyzn – zauważył z cieniem rozbawienia w głosie. Mówił cicho, dość cicho, a jednak przez miejsce, w którym się znajdowali, jego głos roznosił się bardziej niżby tego chciał. - To raczej one… skrzywdziły mężczyzn.
I wtedy do jego uszu dotarł trzepot skrzydeł. Steward odwrócił się momentalnie w tamtym kierunku, spodziewając się (a jakże, oczywiście, że tak) dojrzeć lecącego w ich kierunku nietoperza ale go nie zobaczył. A zamiast tego poczuł… dumę?
Zamarł. Zmarszczył brwi, mrugając szybko. Wspomnienie uderzało w niego raz za razem. Było miłe. W swoim wydźwięku gorzkie, bardzo gorzkie, ale miłe, tak bardzo miłe, że prawie zachciało mu się upić z żalu. A Patrick chyba nie spodziewał się, że cokolwiek, co przeżył jego ojciec mogło być miłe. I mogło pokazywać, że kochał swojego syna. Tak, pewnie gdyby nie Beltane, Steward zgodziłby się, że ojciec musiał go jakoś kochać, ale dużo plastyczniej potrafił sobie wyobrazić, że nie myślał o nim w ogóle, że wolał poświęcić się Grinewaldowi, bo był takim samym wariatem jak on. Ale to wspomnienie było miłe. Ciepłe. Przyjemne. Patrick sam poczuł dumę. Ba, był pewien, że właśnie tak kochałby własne dziecko.
- Kurwa – wymamrotał pod nosem, bardziej do samego siebie niż do Brenny.
Ta nie dostrzegła, by któryś z sarkofagów był naruszony. Wszystkie wyglądały jednakowo bezosobowo, cudownie białe i prostokątne z łacińskimi sentencjami wyrytymi obok dwóch najważniejszych dat życia: dnia narodzin i śmierci.
- Jak rodzina to pozdrówcie – usłyszeli leniwy, ciepły głos dobiegający z kąta mauzoleum. Stała tam kobieta o ciemnych włosach i jasnej skórze. Ubrana była bardzo współcześnie, w elegancką koszulę w pepitkę oraz czarną, ołówkową spódnicę do połowy łydki. Była bardzo atrakcyjna i wyglądała trochę nazbyt strojnie jak na okazję, w której się znajdowała. – Jest jakiś powód, czemu postanowiliście się włamać do tego rodzinnego mauzoleum? – zapytała, a potem skupiła uwagę na Brennie. – Nie jesteś z rodziny. Gdybyś była, wiedziałabym.