Nie było żadnego grymasu, był tylko ciepły i przyjazny uśmiech, spokojne, morskie oczy i gotowość na to, by tak się przysiąść jak i oddalić. Ludzie czasami mieli opory przed podejmowaniem decyzji. Podchodził do nich ktoś znajomy, albo i nie, pytał, czy może się dosiąść, a w głowę uderzała myśl: nie mam ochoty na towarzystwo. Chciałbyś posiedzieć sam, poczytać gazetę, odprężyć się. Nie chcesz namolnego gadania, nie chcesz wymian uprzejmości. I nagle, zaraz po tym, pojawia się wątpliwość: powinienem go pogonić? Jeśli nie chcę z nim rozmawiać - powinienem powiedzieć, że dosiadać się nie może? Takie sytuacje powinny być niezręczne, a blondyn brał na to w pełni poprawkę. Dlatego mimiką jak i ciałem był gotów do tego, żeby samemu wymówkę dla Conana stworzyć, gdyby tylko ten wykazał jakąkolwiek wątpliwość ku temu, żeby naprawdę usiadł. Nawet gdyby padło wtedy "ależ zapraszam". Mówiło się jedno, myślało drugie, jakież to było prawdziwe w duchu dzisiejszych czasów! Tak jak jednak Conan nie dojrzał zaprzeczenia na twarzy Laurenta, że źle pamiętał jego imię, tak i sam Laurent nie dojrzał niechęci na twarzy Conana. W zasadzie wręcz przeciwnie - przypadkowo spotkany znajomy z dawnych lat Hogwartu wydawał się całkiem chętny do tego, żeby zamienić parę słów, wypić razem kawę i... jak miało się jeszcze okazać - nawet podzielić się własnym pasztecikiem.
- Przyznaję, że spotkania takie jak te po latach mnie cieszą. - Nie dało się zaprzyjaźnić ze wszystkimi w Hogwarcie, a nawet jeśli to nie dało się potem utrzymać wszystkich znajomości. Człowiek miał ograniczony czas i ograniczone możliwości. Nie mogłeś poświęcić każdemu tyle uwagi, ile byś chciał - skończyłaby ci się do tego doba. W końcu potrzebne były też godzin na coś tak trywialnego, jak sen. Nie wspominając, ile z doby pożerała praca. Laurent odłożył teczkę na bok, po stronie od ściany, żeby czasem nikogo nie kusiło ją podwędzić i usiadł naprzeciwko, przy niewielkim stoliku, kładąc na blacie gazetę. Chwilowo straciła ona jego zainteresowanie w obliczu tego, co jak określił było "spotkaniem po latach". Ciężko zaprzeczyć. - W naszym wieku odpowiedzią na to pytanie jest zazwyczaj standardowe "jak to co, praca!". - Uśmiechnął się, zamieniając tę smutną prawdę w żart. Byli na etapie, gdzie większość osiadła już na swoim i trzeba było tyrać, żeby się utrzymać, albo zapieprzać, żeby awansować. A niektórzy wyrabiali staże, żeby w ogóle zostać przyjętymi. W jakimkolwiek kierunku się nie spojrzysz to rówieśnicy robili karierę.
Czeemu zaś jeszcze ciężko było zaprzeczyć to temu, że Laurent był bardzo zdziwiony, jak Conan wyprzystojniał. Jego burza nieułożonych włosów podkreślająca rysy jego twarzy, które nabrały męskich walorów, tak samo zresztą jak jego sylwetka. Wyprzystojniał, dojrzał i przy tym wcale nie stracił na łagodności swojej urody. Niektórzy uznaliby za minus brak kwadratowej szczęki, ale nie on. Zawsze miło było się przekonać, jak czas żłobił dłutem w człowieku. Przynajmniej na tym etapie życia.
- Bardzo dobrze pamiętasz. Zgadza się, kończyłem rok później. - Pamiętanie imienia, by dopasować je do twarzy to jedno. Wyłapywanie innych szczegółów - drugie. Nawet jeśli to były pierdoły. Laurent miał skłonności do wbijania sobie informacji o ludziach, jakich napotykał. Ale w końcu był wężem o tęczowych łuskach, jak to niektórzy mieli okazję się przekonać. Informacja była jego tarczą i bronią. Jak i miodem, jakim lubił częstować osoby, które wpadły mu w oko. Ściągnął marynarkę i przewiesił ją przez oparcie krzesła. - Czy jeśli teraz zamówię sobie kawę mogę liczyć, że przy następnym spotkaniu zostanie zapamiętane, jaką preferuję? - Zażartował delikatnie. Nie był pewien, czy Conan zaliczał się do osób, które takie słowa i żarty peszą, ale chciał się o tym przekonać. Dlatego strzelał na ślepo. Strzała, która miała rozpoznać lepiej teren, na jakim miał się poruszać. Tak jak i poprawienie się nie uszło jego uwadze, ale nawet nie pomyślał o tym, że biedny chciał tylko ukryć plamę od spodni.
- Dziękuję za poczęstunek, ale odmówię. - Laurent nie przepadał za łakociami, ale ciasto dyniowe serwowane tutaj nigdy nie było przesadnie słodkie. I lubił dynie. Tak i to na ten łakoć, do kawy, przyszedł. - Udało się ulokować przyszłość wśród magicznych stworzeń, czy gdzieś indziej poprowadziło cię hobby i kariera? - Zagaił. W small talku nie było niczego złego, a blondyn nie był do końca pewien, jakiego człowieka ma przed sobą dziś. On sam się zmienił - wiedział (i widział), że zmieniali się również inni. Życie ich weryfikowało. Czasami w najmniej przyjazny sposób.
Rozmowa potoczyła się dość gładko i naturalnie. Fakt, że Conan pracował w Ministerstwie naturalnie naprowadził rozmowę na tor gazety, jaką Laurent przyniósł, czy może raczej - na temat Nobbyego Leacha. Nie to, żeby Conan miał bardzo skrajne poglądy na ten temat, ale też przecież Laurent sam co do tego nie miał zdania. Był trochę zmieszany, ale przede wszystkim - zaskoczony. Negatywnie zaskoczony tak aż złym podejściem do Ministra Magii, który mógłby zdziałać wiele dobrego, jeśli tylko dałoby mu się odpowiednią szansę. Nie zamierzał siedzieć zupełnie bezczynnie w związku z zainstniałą sytuacją pod względem... nie, jednak nie. W zasadzie to zamierzał bezczynnie siedzieć. Jego ojciec co prawda nie był wielkim zwolennikiem mugolaków, ale też nie był przeciwnikiem mugoli. Ba, przecież sam nawet czasami zachwycał się dziwnymi wynalazkami i pomysłami, jakie ci mieli i wprowadzali do życia, a Laurent brał na to poprawkę. Na zdanie Edwarda. Brał nawet bardzo dużą na to poprawkę, nawet jeśli oddzielał to, co myślał jego ojciec od tego, co uważał sam. Tak w tym przypadku nie bardzo chciał i potrafiłby wmieszać się w to wszystko. Zaraz - nie bardzo chciał..? Czy nie bardzo mógł..? Za bardzo się bał. To było dobre słowo. Strach. Mieszanie się w politykę bywało wiążące. Co prawda było nieuniknione do pewnego stopnia, skoro był synem głowy rodu, natomiast wypowiadanie się o Nobbym Leachu mogło prowadzić do różnych konsekwencji zwrócenia na siebie uwagi ludzi, których uwagi zwracać nie chcesz. Wystarczająco wiele kłopotów potrafił ściągać na swoją głowę. Ale, ach, Laurent by przecież nie był sobą, gdyby i tak czegoś nie próbował, prawda..? Natomiast podpytał Conana, co o tym sądzi - o tej sytuacji. Czy pracując teraz w Ministerstwie uważał, że zmieniło się coś na gorsze? Bo Prewett wyobrażał sobie, że tak. Nie ze względu na to, że to Leach królował, ale ze względu na to, jak wiele osób podstawiało mu kłody pod nogi i jak bardzo to utrudniało w ogóle jakiekolwiek rządzenie. Nie podobało mu się to, co głośno i wyraźnie powiedział. Że każdy powinien mieć szansę, skoro już ją dostał, a tkaie podkładanie kłód... żeby tylko udowodnić, że się "nie nadaje". Kiedy jednak rozmawiał z Wrightem był trochę ostrożny względem tego, jak mówił i co mówił - ale to chyba jak zawsze. Słowa w końcu powinny być idealnie dobierane do towarzystwa, wcale nie chciał, żeby został zbyt drastycznie zrozumiany w którąkolwiek ze stron. Więc koniec końców można by powiedzieć, że objął stanowisko, gdzie potępia celowe przeszkadzanie władzy, by udowodnić (tylko i wyłącznie po to), że ma się racje, natomiast niekoniecznie popiera mugolaka na stanowisku Ministra Magii ze względu na wieloletnią tradycję, która przecież jest ważna dla czarodziei. Ba! Przecież to wręcz wiekowe tradycje..! Wiekowe tradycje tego, że władza należy się tym o błękitnej krwi. Czy myślał tak naprawdę? Sam nie wiedział. Bał się myśleć inaczej. Nie był na to wystarczająco odważny. Jeszcze. Bo to się przecież miało zmienić.
Gorąca z jednej strony, z drugiej całkowicie spokojna dyskusja ze względu na temperament obu panów. Na ich łagodny i spokojny charakter i też na dość neutralną płaszczyznę, na jakiej to wszystko się rozgrywało. Conan był... bardzo cichą osobą. Tym nie mniej odświeżenie tej znajomości było całkiem przyjemne dla samego Laurenta.