Elaine do cyrku trafiła w bardzo młodym wieku i nie miała wokół siebie osób, które chciały poświęcić czas na naukę jej czytania i pisania. Ważne, że potrafiła napisać swoje imię, ale to tylko tyle. Wiedziała jak wygląda słowo cyrk, jak wygląda słowo oznaczające jej nazwisko, ale to wszystko. Czasem próbowała poznać jakieś słowa, ale nie było to łatwe, gdy nie mogła nikogo przekonać do pomocy jej z tym. Jak była dzieckiem frustrowało ją to, ale teraz? Teraz już nie czuła potrzeby poznania tej umiejętności. Oczywiście jeśli będzie miała taką możliwość chętnie podejmie się tej pracy, ale ona wolała teraz zajmować się wymyślaniem nowych układów na występy i ćwiczenie z Flynnem jego własnych występów, które składały się w rzucanie w nią nożami tak, aby jej nie trafić. Starała się też pracować nad nowymi słodyczami dla dzieci, które miały zmieniać ich głos, które miały zmuszać ich do ryczenia jak dzikie zwierzęta. Czytanie nie było jej potrzebne, prawda?
Duch zaczął ją denerwować, ale starła się nie okazywać tego. Wiedziała, że zaraz skończy gadać, bo ile do opowiedzenia miała osoba, która już była martwa? Elaine nie przestawała się uśmiechać, czuła radość płynącą z tego, że spotkała ducha, że zobaczyła Laurenta zdrowego, który wyglądał zdecydowanie lepiej w takiej okazałości niż pod tamtymi deskami, pobity i poturbowany. Tak, silny i zdrowy. Tak powinien wyglądać, a Elaine powinna takiego go poznać – nie inaczej! Elaine nie patrzyła na ducha, cały czas obserwowała Laurenta, aby chłonąć jego wygląd, osobę i mieć pewność, że naprawdę nic mu nie jest. Nie krępowała się tym, że był blisko, że pochylał się do niej, że szeptał, aby duch ich nie usłyszał. Czuła się tak jakby była na zebraniach rodzinnych, które miały za zadanie rozplanować występy, kto po kim wchodził kiedy, co gdzie miało stać i tak dalej, a ona szeptała z jedną z przyjaciółek z cyrku tak aby nikt ich nie usłyszał. Czuła to samo podekscytowanie, aby Duch ich nie usłyszał, nie zwrócił uwagi, że go nie słuchają.
– Nie trzeba, wystarczą te z ziemi. Już zrzuciłam ich trochę – szepnęła mu blisko jego twarzy, aby duch naprawdę nie zwracał na nich uwagi, ale chyba nie było to takie proste. Też mu współczuła, sama straciła swoja prawdziwą rodzinę dawno temu, ale już tego nie pamiętała, nawet nie wiedziała jak jej rodzice wyglądali, bo wszystkie wspomnienia jej się zatraciły gdzieś w czeluściach podświadomości.
– Laurent ma rację, ale jeśli znudzi się panu nawiedzanie tego cmentarza może pan do nas zawitać. Jesteśmy rodziną Bell, przyjmiemy każdego – uśmiechnęła się do niego i pozbierała kilka jabłek do koszyka. Spojrzała potem na Prewetta czekając na jego decyzję, czy idą do niego, czy jednak się rozdzielając. Mimo wszystko wiedziała, że nie powinna się nikomu wpraszać do domu.