Tylko czy na pewno brak zdolności odczytywania i pisania znaków nie był frustrujący? Ktoś mógł to robić za nią - ale była ciągle od kogoś uzależniona. Nie mogła wielu rzeczy zrobić sama, wiele czynności ją omijało. Wyglądała na osobę, która nie wybijała samodzielności na piedestał tego, co było dla niej istotne. Cokolwiek robiła w swoim życiu, w tym cyrku, o którym powiedziała, wyglądało to tak, jakby albo ktoś na niej wymusił posłuszeństwo od małego, a różne dziwne i dramatyczne historie chodziły po tym świecie, albo po prostu trafiła do takiej grupy, która naprawdę nie miała ani czasu ani ochoty uczyć dzieciaka. Tylko co to byli za ludzie? Jak żyli? Laurent miał wyobrażenie takie, z jakim się już spotkał - biednych rodzin w krajach egzotycznych, gdzie cywilizacja po prostu do końca nie docierała. Przerażało go to. Najbardziej dziwne było to, że ci ludzie byli szczęśliwi. A jeszcze bardziej szokujące było, gdy sobie uzmysłowił, że przyniesienie do nich tej cywilizacji wcale by dobra im nie sprawiło. Zniszczyłoby tę piękną społeczność, w jakiej żyli. Gorsze były przypadki skrajnej biedy na ulicy. Laurent się nie dziwił, że ludzie chcieli wydawać na cele charytatywne i pomagać takim osobom. Sam nie brał w nich udziału z jednego powodu - on miał swoją akcję charytatywną. New Forest pochłaniało mnóstwo funduszy, tak jak pomaganie zagubionym zwierzętom, które były wypędzane przez rozszerzające się metropolie.
Gdzie jednak leżała niewinność tej pięknej kobiety i co robiła ze swoim życiem? Jak żyła? Laurent chciał się dowiedzieć, bo na pewno nie klepała biedy. Widać było - zadbana, uczesana, w ślicznej sukieneczce, która podkreślała jej ciało. Gdzie było jej aktorstwo i kusicielstwo na takich jak on, a gdzie prawdziwa niewinność względem mężczyzn? Czy też kobiet. Blondyn nie należał przecież do osób, które dyskredytowały jakąkolwiek płeć. Love is love. Nie bała się na pewno odwiedzić jego domu, żeby upiec jabłecznik. Co mu się zresztą bardzo podobało i sprawiało, że zrobiło mu się ciepło na sercu. U Laurenta od razu odpalało to pewien proces chęci sięgnięcia dłonią po to, co mu oferowano, żeby przesunąć palcem po ustach drugiej osoby i zostawić tam odrobinę miodu. Było to odrobinę nierozsądne - zapraszać obcego do swojego przybytku, ale osoba, która bezinteresownie cię ratuje, nie zostawia swoich danych, nie chce poklasu, pieniędzy, nagrody jawiła się jak anioł. Jej czerwone włosy - jak ognista aureola - ciągnęła do siebie spojrzenia i sprawiała, że świat jaśniał. Pomógł jej zbierać te jabłka z ziemi, choć w większości jego wzrok uciekał do niej.
- Ach... serce jest spokojniejsze po tym, jak można opowiedzieć swoją historię... - Duch ułożył dłonie na klatce piersiowej i wniknął w ziemię po zamknięciu swoich oczu. Zniknął, czy się pojawi? Laurent tego nie wiedział. Ale chyba przynieśli mu odrobinę spokoju. A to zawsze było coś warte.
- Jeśli tylko masz ochotę możemy iść. Żałuję, że nie miałem okazji bardziej skupić się na ciastku, które wtedy włożyłaś w moje dłonie. - Pamiętał, że wtedy poczuł się lepiej, choć przecież... to było tylko ciastko. Jej ciastko? Jej wypiek? - To był twój wypiek? Lubisz gotować? - Gotowanie nie równało się pieczeniu. Były osoby, które piec kochały, gotować nie i na odwrót. Niekiedy słyszał, że pieczenie było istną alchemią. 5g w jedną czy drugą stronę i już ci coś nie wychodziło. On sam czasu na gotowanie raczej nie poświęcał. Miał od tego skrzata, albo stołował się w restauracjach. Gestem wskazał kierunek, choć był on oczywisty - wyjście z cmentarza. Było to raczej zaproszenie do tego, by ruszyli w drogę, że ją zaprasza. Wyciągnął też dłoń, proponując, że może ponieść jej koszyk, jak to przecież wypadało. Nawet jeśli trochę jabłek nie było nadmiernie ciężkich.