Czemu za każdym razem widując, Logana miała wrażenie, że te niebieskie, zimne niczym zamarznięta na wskroś tafla jeziora oczy, odzierają ją z każdej najmniejszej tajemnicy. Drobin uczucia, jakie skrywały się w jej głowie i sercu, a nawet te najmniejsze, chwilowe emocje, które pojawiały i znikały jak senne marzenie, gdy tylko pierwsze promienie słońca wpadały przez okno. Najdziwniejsze było, że nie robił tego brutalnie. Co to, to nie. Nie był typem, który działa pochopnie i agresywnie. On rozgrywał ludzi niczym partię magicznych szachów, czytając przy okazji jakąś mroczną lekturę, tylko czasem zerkając na planszę. Jednak to jedno spojrzenie wystarczało.
Za słowa o jakimś badziewnym artefakcie pozwalającym uwodzić innych, miała ochotę wstać i chlusnąć mu zawartością szklanki w twarz. Jej duma rozszalała z wściekłości, sprawiła, że wręcz czuła na swojej dłoni pieczenie po wymierzonym celnie policzku. Mimo to nie wstała, nie ruszyła się nawet o milimetr. Siedziała dalej i teraz już niczym skała wbita w fotel, praktycznie bez ruchu, bez żadnego grymasu na twarzy wiedziała, że nie powinna dać się sprowokować. Ostatni czas nie był łatwy, chociaż nie kochała człowieka, którego dziś pogrzebała, nawet najmniejszą cząsteczką serca, to cały stres organizacji pogrzebu i poczucie winy, które musiała szczelnie zamknąć w sobie, dały jej popalić. Pomimo tej świadomości w jej ciemnych oczach nadal groźnie błyskały ogniki zdenerwowania.
Zaśmiał się. Astoria zaś wbiła spojrzenie w jego twarz jakby przytłoczona tym dźwiękiem... Budził w niej coś odległego, jakąś niepogrzebaną jeszcze całkowicie namiastkę tęsknoty za szkolnymi czasami, kiedy to zdarzały im się pewne beztroskie momenty. Było też wżarte w nią niczym rdza w stal poczucie winy. Chwilowe zawahanie się i budząca kolejne zapieczętowane komnaty myśl. Co by było, gdyby?. To gdyby przecież nigdy nie nastanie. Pogrzebane tak samo, jak jej skłonny do przemocy małżonek.
Czyżby Borgin się bawił? Wedle opinii ciemnowłosej? Doskonale i szampańsko. Czasem był niczym tłusty kocur zapędzający ofiarę w kozi róg, nigdy nie mówił co myśli, zawsze zostawiając sobie większą część tego, co siedziało mu w głowie wyłącznie dla siebie. Było to przyciągające i odrzucające zarazem. Tajemnicze, sprawiające, że chciałoby się obnażyć chociaż jedną z tych jego myśli, poznać prawdę. Z drugiej strony, każące uważać, jak przy kontakcie z wężem, kobrą, która hipnotyzuje cię swoim tańcem, by za chwilę wgryźć się w ciebie. Mocno i boleśnie. Można było kogoś uwielbiać i nienawidzić jednocześnie? Jak inaczej miałaby nazwać jego zachowanie i co gorsza, swoje uczucia? To wymowne stwierdzenie. Dla innej kobiety by tego nie zrobił? Kącik ust uniósł się lekko w górę.
– Co więc różni mnie o innych kobiet? – Zapytała, patrząc mu w oczy. – Co takiego sprawiło, że tamtej nocy zasłużyłam, żebyś zaryzykował? – Mocno zaakcentowała ostatnie słowo. Nie ustępowała spojrzeniem, uniosła brew w górę i pociągnęła łyk alkoholu. Następnie zwilżyła wargi językiem, te lekko zapiekły, ale było to odczucie tak nieważne, że nawet nie zareagowała. – Przeszłość? – Odstawiła szklankę na stolik. – Uważaj Borgin, bo uznam, że stoi za tym coś więcej niż galeony i przysługa. – Badawczo przeciągnęła spojrzeniem po jego twarzy, nieśpiesznie wracając wzrokiem z warg na oczy.
Uczucia zaczęły się w niej gotować, wręcz kipieć, a mimo wszystko postanowiła nadal być nieruchomą skałą. Zachować pokerową twarz, gdy wyobraźnia szalała, doszukiwała się podstępu. Chciał czegoś? Odłożyła na stolik małą, lakierowaną torebkę, która do tej pory leżała obok niej i nie spuszczając z niego wzroku, wzięła szklankę i pociągnęła z niej łyk. Chciała zatopić tym nagłą wizję pojawiającą się w jej głowie, odłożyła ją z cichym brzdękiem. Kącik ust uniósł się w górę, w geście delikatnego uśmiechu, jednak było za nim coś więcej. Nieme wyzwanie, prowokacja i jakby skrywająca się gdzieś głęboko ironia. Chciał gry? To ją dostanie. Jak za każdym razem, od samego początku trwania ich relacji. Zupełnie jakby była ona jedną wielką partią pokera, gdzie niekoniecznie chodziło o pieniądze.
W pewnej chwili jej dłoń zatopiła się we wnętrzu torebki, wyciągnęła z niej sakiewkę, ciężką, brzęczącą. Położyła ją na blacie i pchnęła palcem w jego stronę. Powoli, nieśpiesznie, wręcz prowokacyjnie.
– Teraz interesy mamy za sobą... Możesz powiedzieć, o co jeszcze chodziło. – Cichy, pojedynczy chichot wydobył się z jej ust. Bacznie obserwując jego twarz, czekała na reakcję.