05.09.2023, 09:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.09.2023, 15:48 przez Brenna Longbottom.)
- Na litość Merlina – wyrwało się Brennie, kiedy najpierw pies, a potem Laurent, obaj, pogalopowali w stronę widm. Już, już miała wyrwać się do biegu… gdy Victoria powiedziała, że pójdzie za nimi, a Brenna przypomniała sobie, że nie może po prostu zostawić tutaj samej Mildred.
Jeżeli by ją dopadły, nie miała już lat życia, które mogłaby stracić. Tym razem by umarła.
– Chyba nie chcą napadać na całą grupę na raz – mruknęła, dostrzegając, jak widma cofają się, nie pozwalają do siebie podejść. Rozluźniła się nieco, chociaż nie od razu opuściła różdżkę. Wciąż czuła ich obecność, ale zdawało się, że nie chciały, by Laurent albo jego zwierzak podeszły bliżej. Tyle że… jeśli Prewett oddali się za bardzo od reszty… to prawdopodobnie spotka go taki sam los, jak Mildred. A z kolei sama Found nie mogła za nimi biec. – Błagam, zawróć go stamtąd. Gdyby trzeba było się bronić, próbujcie patronusów.
Dora i Cynthia twierdziły, że istoty są pokrewne dementorom. Być może więc ta sama forma magia powinna ich powstrzymać. A że była nielegalna? Tego, że ani ona, ani Patrick, ani Victoria, nie wydadzą reszty, była pewna. Podejrzewała, że i Laurent nie pobiegnie ze zgłoszeniem, a jeżeli nawet tak, wszyscy zgodnie przecież potwierdzą, że coś się mu uroiło.
– Jasne – odparła na polecenie Patricka, bo na polecenia Patricka zwykle odpowiadała w ten sposób. Zajrzała jeszcze raz do środka przez okno, tym razem z bliska – chcąc upewnić się, że zaraz za progiem nie natkną się na jakieś zagubione, pojedyncze widmo. Dom był jednak już pusty, wymknęły się wszystkie, czy to przez uchylone drzwi, czy drugie z okien. Na podłodze tylko walały się naczynia, jakby wypadły z czyichś rąk.
Brenna odwróciła się do Mildred. Ta drżała.
– N…nie chcę tam wchodzić – wyznała cicho, a Brenna pomyślała, że może to nawet lepiej: będzie mogła zasłonić okno i… cóż. Sprawdzić, czy Steward miał rację. Czy widma zachowywały się jak ludzie.
- Pani Found... - zaczęła Brenna. Sięgnęła odruchowo ku Mildred, zanim przypomniała sobie, że ta nie jest jej przyjaciółką, ona jest tu służbowo i nie powinna dotykać tej kobiety, nawet w próbie pocieszenia. - Może zechciałaby pani sprzedać mi ten dom?
Można by uznać, że była to szaleńcza propozycja. Kto normalny chciałby budynku, w którym zamieszkują widma?
I cóż, Brenna do końca normalna nie była, ale w tym przypadku kierowała nią chłodna kalkulacja.
Chciała pomóc Mildred. A była bogata. Była tak bogata, że sama nie miała pojęcia, ile dokładnie ma pieniędzy. Zakupienie małego domku, w dodatku nawiedzonego, nie nadszarpnie tego bogactwa, a ta dostanie chociaż trochę monet na zaczęcie od nowa. Tak, mogła po prostu dać Mildred pieniądze. Wręczenie kobiecie sakiewki pełnej galeonów byłoby jak wręczenie jałmużny i upokarzało tę, która przeszła już wystarczająco wiele: straciła spokój, urodę, siły, zdrowie i kilkanaście lat życia, a teraz traciła i swoją bezpieczną przystań. A przecież i tak ona tu już nie wróci, zaś nikt inny tego miejsca nie kupi.
To był jeden z powodów, ale były i inne. Brennie zależało na zbadaniu widm, na znalezienie sposobu na pozbycie się ich stąd, a one były wyraźnie zainteresowane domem Mildred, jej rzeczami, jej życiem. Jeżeli będzie to jej ziemia, jeśli Departament Tajemnic czegoś się dowie, będzie mogła domagać się odpowiedzi.
A gdyby kiedyś udało się ich pozbyć - musiał istnieć jakiś sposób - Zakonowi zawsze przyda się dom skryty w lesie.
– Chce… chce pani go kupić? – spytała Mildred z niedowierzaniem, spoglądając to na Brennę, to na dom, to na skraj lasu, gdzie czaiły się widma.
– Możemy podpisać umowę jeszcze dzisiaj – zapewniła Brenna. – Jest coś, co chciałaby pani stąd bardzo zabrać?
Mildred zawahała się. Przyszła tutaj zabrać większość rzeczy, tyle, ile się uda – tyle że… teraz okazało się, że korzystały z nich te stworzenia.
– Na kominku stoi zegar, należał do mojej mamy – powiedziała cicho. – W szufladzie komody… niebieski szal… jeżeli go nie zabrały. To był prezent. I… i zdjęcie… ze stolika.
– W porządku. Patrick, zabiorę rzeczy i… coś sprawdzę. A ty…? Czy coś widzisz, jak na nie patrzysz? – rzuciła. Nim zbliżyła się do drzwi, zerknęła jednak jeszcze ku lasowi, chcąc upewnić się, że Laurent i Victoria nie zdecydowali, że biegną w jego głąb.[/b]
Jeżeli by ją dopadły, nie miała już lat życia, które mogłaby stracić. Tym razem by umarła.
– Chyba nie chcą napadać na całą grupę na raz – mruknęła, dostrzegając, jak widma cofają się, nie pozwalają do siebie podejść. Rozluźniła się nieco, chociaż nie od razu opuściła różdżkę. Wciąż czuła ich obecność, ale zdawało się, że nie chciały, by Laurent albo jego zwierzak podeszły bliżej. Tyle że… jeśli Prewett oddali się za bardzo od reszty… to prawdopodobnie spotka go taki sam los, jak Mildred. A z kolei sama Found nie mogła za nimi biec. – Błagam, zawróć go stamtąd. Gdyby trzeba było się bronić, próbujcie patronusów.
Dora i Cynthia twierdziły, że istoty są pokrewne dementorom. Być może więc ta sama forma magia powinna ich powstrzymać. A że była nielegalna? Tego, że ani ona, ani Patrick, ani Victoria, nie wydadzą reszty, była pewna. Podejrzewała, że i Laurent nie pobiegnie ze zgłoszeniem, a jeżeli nawet tak, wszyscy zgodnie przecież potwierdzą, że coś się mu uroiło.
– Jasne – odparła na polecenie Patricka, bo na polecenia Patricka zwykle odpowiadała w ten sposób. Zajrzała jeszcze raz do środka przez okno, tym razem z bliska – chcąc upewnić się, że zaraz za progiem nie natkną się na jakieś zagubione, pojedyncze widmo. Dom był jednak już pusty, wymknęły się wszystkie, czy to przez uchylone drzwi, czy drugie z okien. Na podłodze tylko walały się naczynia, jakby wypadły z czyichś rąk.
Brenna odwróciła się do Mildred. Ta drżała.
– N…nie chcę tam wchodzić – wyznała cicho, a Brenna pomyślała, że może to nawet lepiej: będzie mogła zasłonić okno i… cóż. Sprawdzić, czy Steward miał rację. Czy widma zachowywały się jak ludzie.
- Pani Found... - zaczęła Brenna. Sięgnęła odruchowo ku Mildred, zanim przypomniała sobie, że ta nie jest jej przyjaciółką, ona jest tu służbowo i nie powinna dotykać tej kobiety, nawet w próbie pocieszenia. - Może zechciałaby pani sprzedać mi ten dom?
Można by uznać, że była to szaleńcza propozycja. Kto normalny chciałby budynku, w którym zamieszkują widma?
I cóż, Brenna do końca normalna nie była, ale w tym przypadku kierowała nią chłodna kalkulacja.
Chciała pomóc Mildred. A była bogata. Była tak bogata, że sama nie miała pojęcia, ile dokładnie ma pieniędzy. Zakupienie małego domku, w dodatku nawiedzonego, nie nadszarpnie tego bogactwa, a ta dostanie chociaż trochę monet na zaczęcie od nowa. Tak, mogła po prostu dać Mildred pieniądze. Wręczenie kobiecie sakiewki pełnej galeonów byłoby jak wręczenie jałmużny i upokarzało tę, która przeszła już wystarczająco wiele: straciła spokój, urodę, siły, zdrowie i kilkanaście lat życia, a teraz traciła i swoją bezpieczną przystań. A przecież i tak ona tu już nie wróci, zaś nikt inny tego miejsca nie kupi.
To był jeden z powodów, ale były i inne. Brennie zależało na zbadaniu widm, na znalezienie sposobu na pozbycie się ich stąd, a one były wyraźnie zainteresowane domem Mildred, jej rzeczami, jej życiem. Jeżeli będzie to jej ziemia, jeśli Departament Tajemnic czegoś się dowie, będzie mogła domagać się odpowiedzi.
A gdyby kiedyś udało się ich pozbyć - musiał istnieć jakiś sposób - Zakonowi zawsze przyda się dom skryty w lesie.
– Chce… chce pani go kupić? – spytała Mildred z niedowierzaniem, spoglądając to na Brennę, to na dom, to na skraj lasu, gdzie czaiły się widma.
– Możemy podpisać umowę jeszcze dzisiaj – zapewniła Brenna. – Jest coś, co chciałaby pani stąd bardzo zabrać?
Mildred zawahała się. Przyszła tutaj zabrać większość rzeczy, tyle, ile się uda – tyle że… teraz okazało się, że korzystały z nich te stworzenia.
– Na kominku stoi zegar, należał do mojej mamy – powiedziała cicho. – W szufladzie komody… niebieski szal… jeżeli go nie zabrały. To był prezent. I… i zdjęcie… ze stolika.
– W porządku. Patrick, zabiorę rzeczy i… coś sprawdzę. A ty…? Czy coś widzisz, jak na nie patrzysz? – rzuciła. Nim zbliżyła się do drzwi, zerknęła jednak jeszcze ku lasowi, chcąc upewnić się, że Laurent i Victoria nie zdecydowali, że biegną w jego głąb.[/b]
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.