05.09.2023, 10:25 ✶
W Hogwarcie dla Brenny nie miało znaczenia, kto czyim był bratem, synem albo córką. Nie miało to znaczenia także długo po nim. Wierzyła – chciała wierzyć, nawet w najczarniejszym czasie – że liczy się to, dokąd idziesz, a nie skąd przychodzisz. Dlatego przyjaźniła się z Victorią, mimo wszystkich poglądów jej matki i dlatego wpadała w wakacje odwiedzić Castiela, choć miała uczucie, że jego ojciec śledzi ją wtedy nieprzychylnym spojrzeniem. Dlatego serce łamało się jej, gdy rozchodziły się ścieżki jej i Yaxleya, bo każde wiedziało, że idzie w inną stronę. Nawet wiele lat później, otworzyła drzwi domu przed młodym Rookwoodem, chociaż nie była całkowicie pewna, czy nie jest to jakaś pułapka.
Ale początek wojny oznaczał, że nie odpowiadała już tylko za swoje życie, a Anthony Borgin zdawał się jej o wiele zbyt dumny z własnej rodziny, aby nie obawiała się, że nie spróbuje dorwać Crawleyów, skoro dążył do tego jego niemalże „bliźniak” Stanley. Na tyle bezczelnie, by o tych planach poinformować jedną z Crawleyów w twarz. Wszystkie próby zaproszeń w jej oczach były raczej próbą wciągnięcia jej na listę licznych podbojów albo podszeptem rodziny, by wybadać, co takiego knują Longbottomowie.
W końcu sama Brenna była zdrajczynią krwi.
Teraz jednak Anthony był po prostu miłym, młodszym Ślizgonem, uśmiechnęła się więc do niego znad tego bukietu. Nie, nie brała go na poważnie, ale nie z powodu nazwiska, a raczej wieku i trochę tego, że wpadli do tego schowka, umykając przed jedną z jego młodziutkich wielbicielek. Nie miała też zielonego pojęcia, jak wygląda jego życie w domu, bo gdyby chociaż podejrzewała, z dużym prawdopodobieństwem miałaby ochotę zamordować mu ojca. Nigdy jednak nie zachowywał się jak ktoś, kto ma tego typu problemy – zdawał się raczej wesoły i towarzyski, doskonale kryjąc przed światem wszelkie blizny.
Z drugiej strony, mało kto by odgadł, że sny Brenny od zawsze wypełniali martwi ludzie.
– To miłe z twojej strony, ale naprawdę nie trzeba – zapewniła. – Tak, tak, wszystko w porządku. Po prostu mnie rozbawiłeś – przyznała szczerze, bo wizja jej i jemioły dla Brenny zdawała się zabawna. Nie, nie miała tłumów adoratorów pod jemiołą. A bal absolwentów, tak ważny dla wielu dziewcząt, zamierzała spędzić w wieży astronomicznej – inaczej Jane czy Conan na pewno próbowaliby ją zaciągnąć ze sobą, i wtedy tylko czuliby się zobowiązani dotrzymywać jej towarzystwa… i nawet nie było jej smutno z tego powodu, bo przecież w jej rodzinnym domu i tak wydawano najmniej dwa bale w roku. Wiedziała, że do wieży żadne z nich nie wejdzie. A uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy zadał pytanie o listę. – Nigdy nie zdradzaj swojej listy zbrodni innym. Żeby Gryfon uczył tego Ślizgona? – stwierdziła trochę żartobliwie, a trochę na serio.
Kolejne słowa jednak zapewne miały być ciosem w samo serce. Jak na kogoś, kto sporo czasu spędzał w towarzystwie chłopców, Brenna momentami absolutnie nie umiała się z nimi obchodzić, absolutnie nieświadoma, że niektóre rzeczy mogą ich urazić.
– Z dziewczynami w moim wieku lepiej próbuj za jakieś pięć lat – poradziła pogodnie, wymaszerowując ze schowka. – Miłych Walentynek, Borgin. Pamiętaj, jeśli wylosujesz Nimue, schowaj ją bardzo głęboko – rzuciła, obracając się jeszcze do niego na moment, nim skierowała się ku Wieży Krukonów.
Ale początek wojny oznaczał, że nie odpowiadała już tylko za swoje życie, a Anthony Borgin zdawał się jej o wiele zbyt dumny z własnej rodziny, aby nie obawiała się, że nie spróbuje dorwać Crawleyów, skoro dążył do tego jego niemalże „bliźniak” Stanley. Na tyle bezczelnie, by o tych planach poinformować jedną z Crawleyów w twarz. Wszystkie próby zaproszeń w jej oczach były raczej próbą wciągnięcia jej na listę licznych podbojów albo podszeptem rodziny, by wybadać, co takiego knują Longbottomowie.
W końcu sama Brenna była zdrajczynią krwi.
Teraz jednak Anthony był po prostu miłym, młodszym Ślizgonem, uśmiechnęła się więc do niego znad tego bukietu. Nie, nie brała go na poważnie, ale nie z powodu nazwiska, a raczej wieku i trochę tego, że wpadli do tego schowka, umykając przed jedną z jego młodziutkich wielbicielek. Nie miała też zielonego pojęcia, jak wygląda jego życie w domu, bo gdyby chociaż podejrzewała, z dużym prawdopodobieństwem miałaby ochotę zamordować mu ojca. Nigdy jednak nie zachowywał się jak ktoś, kto ma tego typu problemy – zdawał się raczej wesoły i towarzyski, doskonale kryjąc przed światem wszelkie blizny.
Z drugiej strony, mało kto by odgadł, że sny Brenny od zawsze wypełniali martwi ludzie.
– To miłe z twojej strony, ale naprawdę nie trzeba – zapewniła. – Tak, tak, wszystko w porządku. Po prostu mnie rozbawiłeś – przyznała szczerze, bo wizja jej i jemioły dla Brenny zdawała się zabawna. Nie, nie miała tłumów adoratorów pod jemiołą. A bal absolwentów, tak ważny dla wielu dziewcząt, zamierzała spędzić w wieży astronomicznej – inaczej Jane czy Conan na pewno próbowaliby ją zaciągnąć ze sobą, i wtedy tylko czuliby się zobowiązani dotrzymywać jej towarzystwa… i nawet nie było jej smutno z tego powodu, bo przecież w jej rodzinnym domu i tak wydawano najmniej dwa bale w roku. Wiedziała, że do wieży żadne z nich nie wejdzie. A uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy zadał pytanie o listę. – Nigdy nie zdradzaj swojej listy zbrodni innym. Żeby Gryfon uczył tego Ślizgona? – stwierdziła trochę żartobliwie, a trochę na serio.
Kolejne słowa jednak zapewne miały być ciosem w samo serce. Jak na kogoś, kto sporo czasu spędzał w towarzystwie chłopców, Brenna momentami absolutnie nie umiała się z nimi obchodzić, absolutnie nieświadoma, że niektóre rzeczy mogą ich urazić.
– Z dziewczynami w moim wieku lepiej próbuj za jakieś pięć lat – poradziła pogodnie, wymaszerowując ze schowka. – Miłych Walentynek, Borgin. Pamiętaj, jeśli wylosujesz Nimue, schowaj ją bardzo głęboko – rzuciła, obracając się jeszcze do niego na moment, nim skierowała się ku Wieży Krukonów.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.