Michael zarzucił łbem na krzyk Victorii i chociaż wielki rumak nie miałby problemu z tym, żeby swoim ciałem zagrodzić drogę to wcale nie był pewien tego czynu - jego prawidłowości. Jeśli byłoby potrzeba wbiegłby tam razem z Laurentem i choć rozum podpowiadał, że to, co mówi Victoria jest słuszne, z drugiej strony było wszystko mówiące z nauki i przyzwyczajeń, że tak wcale być nie powinno. Bo przecież jeśli ktoś tutaj wiedział, co robić ze stworzeniami, to był to Laurent. Zwątpienie rumaka na szczęście nie zostało poddane próbie tego, czy robił coś słusznego, czy też nie. Zahamował mocno, kiedy Duma się zatrzymał - i zaraz za dumą sam blondyn.
Wpatrujący się w zjawi blondyn.
Czy one uciekały, kiedy widziały grupę czarodziei, ale atakowały w pojedynkę?
Było ich tutaj przynajmniej kilka i Laurent umierał z ciekawości, czy gotowe byłyby go zaatakować, gdyby był tutaj sam. Czy tak samo jak tamte przeklęte stworzenia potrafiły ignorować animagów? Wszystko to wydawało się takie proste i banalne do weryfikacji, nawet miał odpowiednią osobę pod ręką, żeby się o tym przekonać. Ta chwila bezruchu, kiedy słyszał krzyk Victorii, była oczekiwaniem na ich ruch. Jak wiele ich było? Trzy? Dziesięć? Czy atakowały mając przewagę? Czy może nie były w ogóle agresywne? Jak padlinożercy, którzy zaatakują, jeśli są bardzo głodne, ale poza tym wolą żerować na słabej albo i martwej zdobyczy. Właśnie - martwej? Czy one pochłaniały duszę? Na to też był sposób, żeby się przekonać. Laurent stał tam na tej magicznej linii, gotów się cofać, gdyby tylko poczuł, że cokolwiek złego się z nim dzieje. Nastawiał się jednak na to, że miał do czynienia z wyjątkowymi plugastwami. Plugastwami, które najwyraźniej uznały to miejsce za swój dom tak samo jak dementorzy Azkaban.
Wyciągnął dłoń do tyłu w kierunku Victorii dając jej gestem znać, że jest okej, że nie musi biec na złamanie karku. Bo nic się nie działo. Jeszcze.
- Czego szukaliście w domu? - Ludzie uważali generalnie za głupie gadanie do magicznych stworzeń czy nawet zwykłych zwierząt w dużej części, a rozumieli magię pogadanek albo ci, co zwierzęta lubili, albo ci, którzy je mieli. Ewentualnie osoby mające totalnego pierdolca jak Laurent. Z tym, że dementorzy rozumieli i potrafili się komunikować. Może te stworzenia tutaj też potrafiły? Skoro kręciły się po domu i przymierzały cudze kiecki... - Potrzebujecie ubrania? - Laurent bardzo zachęcająco ściągnął swój lekki płaszczyk i powiesił go na własnym palcu, wypatrując stworzeń. A potem posłał płaszcz różdżką na nieco dalszą gałąź, chcąc sprawdzić efekty. I cofnął się parę kroków, łapiąc znów Dumę za kark, żeby i ten wycofał się razem z nim. - Nie macie się czego bać. Nic wam nie zrobimy. Jeśli i wy nic nie zrobicie nam. - Czy to prawda czy to nie prawda to cholera jedna wiedziała, bo przecież... cholera wiedziała, czy i one nie były jednak agresywne. Bo na pewno nie były puffkami biegającymi sobie po zielonej trawce. W każdym razie Laurent zamierzał przyjąć jak najbardziej spokojną postawę, ale różdżkę trzymał. Przede wszystkim chciał zobaczyć, czy w ogóle reagują na próbę kontaktu. Cała reszta miała przyjść później. Włącznie z badaniem ich natury.
Ja nie wiem czy trzeba rzucać na "opiekę nad pseudo dementorem", ale mogę spróbować? xD
Akcja nieudana
Sukces!
Sukces!