Muszka wpadła w pajęczynę. Ez był z siebie bardzo dumny. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się tak dobrze. Czy naprawdę dopiero w towarzystwie dziecka nie czuł się jak ostatni śmieć i podczłowiek?
— Dostałem od patronki — odpowiedział dumnie i poklepał stojący obok szkielet po ramieniu.
Niemal eksponaty były wykonane z prawdziwych ludzi. Stanowiło to zdecydowanie łatwiejszy do zdobycia materiał niż płacenie miliony galeonów artystom za wyrzeźbienie czegoś w drewnie, chociaż w gabinecie znajdował się również model serca w powiększonej skali. Obok szkieletu w gablotce ustawione były różne modele, szkielet stał naprzeciwko.
Jedyny "eksponat", który wyróżniał się z tego tłumu, to głowa ewidentnie zszokowanego człowieka. Wsadzono ją do wielkiego słoja z zielonkawą substancją i ewidentnie nie miała nic wspólnego z medyczną edukacją. Dodatkowo, to jedyna część ciała, która należała do spotkanego przez Ezechiela człowieka. Nienawidził jej. Ale nie mógł się jej pozbyć. Ani też wyjawić chłopcu historii jej pozyskania.
— Jesteś jeszcze przed rozpoczęciem Hogwartu, prawda? Chociaż nie, na pewno już zacząłeś. Wybacz, ale nigdy nie mogę zapamiętać, w jakim wieku się tam idzie. Wydajesz się być bardzo bystrym chłopakiem. Co, podobają ci się te modele? Myślałeś kiedyś, żeby zostać uzdrowicielem?
Czajnik zagwizdał, więc Austriak poszedł zalać wodę. Herbatka ładnie się parzyła, a on wciąż nie wiedział, co zrobić z chłopakiem. Biedaczyna na pewno nie prosiła się o taki los. Usuwanie pamięci to okrutna praktyka, a Ezechiel nie był fanem zero jedynkowych rozwiązań. Dlatego myślał i myślał, co by tu z chłopakiem zrobić.
— Mieszkasz w Londynie? Raczej nie jesteś stąd, więc prawdpopodobieństwo, że jesteś z Londynu, jest największe — rzucił z kantorka. — Cukru? Do herbaty — wyjrzał zza drzwi.