Właśnie - przed czym one uciekały? To pytanie niesamowicie dręczyła Laurenta, choć najbardziej naturalną wydawała się odpowiedź, że przed nimi. Przed grupą. Dementorzy w końcu umykali przed większymi grupami, kiedy sami nie byli "w większym stadzie", a Laurent zaczynał je coraz bardziej uparcie do nich porównywać. Ciężko było dostrzec coś, co nie miało konkretnego kształtu, co czasem tylko poruszyło liśćmi. Ciężko było to kontrolować, co się wokół ciebie działo i dzieje. Z jego oceną sytuacji było wszystko w porządku. Różnica była taka, że według niego - było co badać. Bo dopóki nie wie się, z czym się mierzy, trudno powiedzieć, jak z tym walczyć, czego unikać i na co reagują. Ale on był kompletnie odklejony w stronę magicznych istot. I zupełnie się nie przejmował tym, co inni mogli o tym pomyśleć i że wezmą go za wariata. To było wariackie. Ale jakże cenne. Szczególnie, że teoria umykania przed większą grupą, w jego mniemaniu, miała się potwierdzić.
- Do tyłu. Do abraksana, już. - Zwrócił się do Michaela a potem do samego Dumy, żeby nie wchodzili pomiędzy jego a to, co było w lesie. Ach, ich aura... była straszna. Laurent cofając się te parę kroków chciał się od niej odsunąć - i och nich. Bezpiecznie, ze zwierzakami. Czymkolwiek te istoty były należało się ich bać w ten najbardziej naturalny dla człowieka sposób. Michael wycofał się bardzo chętnie i nawet Duma, puszczony, był na to gotów. Stwory nie odpowiadały. Za to jednak zareagowały na płaszcz, co było... absolutnie fascynujące. To znaczy - będzie. Laurent bardzo mocno się teraz pilnował i skupiał na całej dobroci swojego serca i na najlepszych wspomnieniach. Na czasie spędzonym z Victorią - zabawne, że dokładnie tym samy, co ona, na Pandorze, na Brennie, kiedy spadła mu na głowę i... tak zaczęła się ich przyjaźń. Na tym, kiedy w końcu jego serce waliło jak szalone, kiedy oficjalnie mógł powiedzieć: stworzyłem New Forest.
- Expecto Patronum. - Nie zawahał się nawet przez moment, gdy płaszcz został przez nie dotknięty, gdy się przy nim pokręciły przez chwilę... kiedy zaatakowały. Zaklęcie, jeśli udane, powinno przybrać formę węża. Jego głos zabrzmiał klarownie. Trzymał dłoń, skupiony, gotowy na tę chwilę, kiedy tylko te stworzenia wykażą to, czego w zasadzie się spodziewał po nich. Nawet mimo próby podjęcia z nimi dialogu i kontaktu. Ale zupełnie nie byłby sobą, gdyby nie spróbował. Samotność. Laurent nigdy nie był sam. Nigdy nie był samotny. Miał wspaniałych ludzi, którzy go otaczali i oferowali ciepło. To samo, które on oferował im z czystym i dobrym sercem. Nie zamierzał dać się pogrążyć tej rozpaczy.
Patronus
Sukces!
Sukces!