05.09.2023, 22:14 ✶
Świat czarów, świat, gdzie niemożliwe stawało się możliwym – wystarczyło tylko mieć różdżkę od Ollivandera, moc w żyłach i głowę na karku. Znacz się, wyszlifowane umiejętności zmuszania magii do formowania się w pożądany sposób.
Niemożliwe stawało się możliwym – bo w świecie, gdzie znakomita większość uważała, że magii tak naprawdę nie ma, a jeśli była – to odeszła, wraz z legendami, które czasem snuto wieczorną porą bądź ożywały na chwilę, gdy dłoń czytelnika dotykała zapisanej stronicy księgi, przecież istniała obok ta bajkowa rzeczywistość. Bajkowa, bo przecież magia, prawdziwa magia, nie zaś szklane kule, kłęby dymu i karciane rozkłady, mieszkała tylko w bajkach, czyż nie? I opowieściach tkanych przez ludzi, nieświadomych, jak blisko prawdy się znajdowali...
… ale nawet baśnie rządziły się swoimi prawami. Nawet w nich pewne rzeczy zdawały się być niemożliwe – choć zdecydowanie, tak naprawdę, była to kwestia dogłębnego przestudiowania danego tematu, zbadania go na wszystkie możliwe strony, posiadania odpowiednich umiejętności. Ktoś, kto nie widział, z reguły pozostawał nieobdarzony wiedzą inną niż ta, jaką dawały oczy, uszy, nos…
A cudze wspomnienia z reguły oglądało się wtedy, gdy miało się dostęp do myślodsiewni bądź zakazanej magii, wydzierającej myśli z umysłu. A przecież Mavelle czegoś takiego nie zrobiła – jedynie trafiła do Limbo. I wróciła inna. Nie tylko inna – również i z cudzą pamięcią, co sprawiało, że… Derwin jakby nadal żył? Jak daleko to sięgało…? Ale zastanawianie się nad tym musiało poczekać.
Teraz miały sprawę do rozwiązania.
- Otóż to – podsumowała. Jedno z dwojga, raczej nie widziała teraz innych opcji, nie po tym, co zobaczyła – przez co, na swój sposób, prosiło się to o uznanie za coś wręcz osobistego. Ale nie, żadnych porachunków, wszystko w majestacie prawa, jak należy. Skinęła głową, zgadzając się z kuzynką. Tak, zerknięcie na górę, przekopanie archiwów – i naprawdę, oby wszystkie papiery tam były! - i wizyta u Fraya. Pewnie będzie zaskoczony, że po tylu latach ktoś odgrzebał sprawę. Niemniej bynajmniej nie miała zamiaru przepraszać za zawracanie mu głowy czymś, co – całkiem możliwe – puścił poniekąd w niepamięć, bo skoro przez tyle lat się udawało, to pewnie już nikt nigdy nie dojdzie prawdy, czyż nie?
- Bardziej nie będę – stwierdziła z ponurą determinacją w głosie. A to nie wieszczyło nic dobrego (dla przestępców, oczywiście, jakżeby inaczej) – bo oznaczało, że tak łatwo to nie odpuści. Jakże by mogła? Stąd też wbiegła za Brenną, by dokończyć wszelkie potrzebne czynności. Bo jakkolwiek by nie patrzeć: musiały mieć twarde dowody w rękach.
Bo na dobrowolne przyznanie się Elijaha niespecjalnie liczyła, właściwie wcale. Ale tak, zegar zaczął odliczać do momentu, w którym kuzynki staną na jego progu w Little Hangleton.
Niemożliwe stawało się możliwym – bo w świecie, gdzie znakomita większość uważała, że magii tak naprawdę nie ma, a jeśli była – to odeszła, wraz z legendami, które czasem snuto wieczorną porą bądź ożywały na chwilę, gdy dłoń czytelnika dotykała zapisanej stronicy księgi, przecież istniała obok ta bajkowa rzeczywistość. Bajkowa, bo przecież magia, prawdziwa magia, nie zaś szklane kule, kłęby dymu i karciane rozkłady, mieszkała tylko w bajkach, czyż nie? I opowieściach tkanych przez ludzi, nieświadomych, jak blisko prawdy się znajdowali...
… ale nawet baśnie rządziły się swoimi prawami. Nawet w nich pewne rzeczy zdawały się być niemożliwe – choć zdecydowanie, tak naprawdę, była to kwestia dogłębnego przestudiowania danego tematu, zbadania go na wszystkie możliwe strony, posiadania odpowiednich umiejętności. Ktoś, kto nie widział, z reguły pozostawał nieobdarzony wiedzą inną niż ta, jaką dawały oczy, uszy, nos…
A cudze wspomnienia z reguły oglądało się wtedy, gdy miało się dostęp do myślodsiewni bądź zakazanej magii, wydzierającej myśli z umysłu. A przecież Mavelle czegoś takiego nie zrobiła – jedynie trafiła do Limbo. I wróciła inna. Nie tylko inna – również i z cudzą pamięcią, co sprawiało, że… Derwin jakby nadal żył? Jak daleko to sięgało…? Ale zastanawianie się nad tym musiało poczekać.
Teraz miały sprawę do rozwiązania.
- Otóż to – podsumowała. Jedno z dwojga, raczej nie widziała teraz innych opcji, nie po tym, co zobaczyła – przez co, na swój sposób, prosiło się to o uznanie za coś wręcz osobistego. Ale nie, żadnych porachunków, wszystko w majestacie prawa, jak należy. Skinęła głową, zgadzając się z kuzynką. Tak, zerknięcie na górę, przekopanie archiwów – i naprawdę, oby wszystkie papiery tam były! - i wizyta u Fraya. Pewnie będzie zaskoczony, że po tylu latach ktoś odgrzebał sprawę. Niemniej bynajmniej nie miała zamiaru przepraszać za zawracanie mu głowy czymś, co – całkiem możliwe – puścił poniekąd w niepamięć, bo skoro przez tyle lat się udawało, to pewnie już nikt nigdy nie dojdzie prawdy, czyż nie?
- Bardziej nie będę – stwierdziła z ponurą determinacją w głosie. A to nie wieszczyło nic dobrego (dla przestępców, oczywiście, jakżeby inaczej) – bo oznaczało, że tak łatwo to nie odpuści. Jakże by mogła? Stąd też wbiegła za Brenną, by dokończyć wszelkie potrzebne czynności. Bo jakkolwiek by nie patrzeć: musiały mieć twarde dowody w rękach.
Bo na dobrowolne przyznanie się Elijaha niespecjalnie liczyła, właściwie wcale. Ale tak, zegar zaczął odliczać do momentu, w którym kuzynki staną na jego progu w Little Hangleton.
Koniec sesji