Dora nachmurzyła się na jego słowa, ale tak naprawdę nie miała się co oszukiwać, Borgin miał rację - nie skończyłoby się to dla niej dobrze. Nie chodziło tutaj o jakąkolwiek karę, która zostałaby jej wymierzona z ręki któregokolwiek z jego krewnych, a bardziej o to, że zrobienie mu krzywdy stałoby w opozycji wszystkiego w co wierzyła. Może gdyby faktycznie walczyli nie miałaby z tym oporów, a przynajmniej nie takich jak teraz, jednak kiedy tak stał przed nią, tylko jej grożąc, pojawiała się ta niewidzialna, nieznośna blokada.
Zagryzła wargę, słysząc jego kolejne słowa. Znowu, miał rację. I ta jego racja doprowadzała ją niemal na skraj rozpaczy, która skłaniała ją do zwinięcia się w kłębek tu i teraz i oddaniu wszystkiemu, co mogło ją czekać. Jeśli nie on, to przyjdą następni, a po nich jeszcze kolejni. Polowali na jej matkę przez tyle długich lat i wreszcie dopięli swego - zabili ją, pozostawiając osierocone dzieci i owdowiałego męża.
- Dlaczego? - zapytała drżąc, nie będąc pewną, czy w ogóle chciała usłyszeć odpowiedź na to pytanie. Czy ta odpowiedź w ogóle miała znaczenie, bo cokolwiek popychało Stanleya do przodu, ku niej teraz, najwyraźniej nie byłaby w stanie objąć rozumem, nawet jeśli bardzo, ale to bardzo by próbowała.
- Puszczasz mnie? - zapytała nagle wyraźnie zdziwiona. Nie spodziewała się tego, nawet jeśli usilnie pragnęła, żeby właśnie tak skończyło się to ich dzisiejsze spotkanie. Żeby dał sobie spokój i zwyczajnie pozwolił jej odejść w swoją stronę. Zawahała się też wyraźnie, nerwowo odrywając od niego spojrzenie i zerkając na jego plecy, na wyjście ze szpitalnego zaułka, prosto na korytarz, gdzie nie byłaby taka zagubiona i osaczona. Gdzie zwyczajnie mogłaby się wycofać. Uciec...
Jego słowa uderzyły w dziwny, niespodziewany punkt. Poruszyły strunę, która zabrzmiała odrobiną... wdzięczności, a kiedy tylko uświadomiła sobie co właściwie czuje, zrobiło jej się tylko niedobrze. Nie dlatego, że była wdzięczna komuś, kogo rodzina zabiła jego matkę, bo przecież Stanley nie miał z tym aktem nic wspólnego. Dlatego, że razem z tą rewelacją przyszła fala ulgi wręcz otępiającej.
Poruszyła się jednak wreszcie, ostrożnie i wciąż z podniesioną różdżką próbując go wyminąć w tym ślepym zaułku korytarza i wymsknąć się na korytarz. Cofała się bezpiecznie, spoglądając na niego uważnie, wciąż obawiając się że jednak zmieni zdanie, a mimo jakaś część niej ufała mu w tej kwestii. W pewnym momencie nawet zatrzymała się na moment, w pół kroku praktycznie.
- Dziękuję - powiedziała cicho, głosem wyraźnie zmęczonym i nagle wyzutym z emocji, a potem puściła się biegiem do najbliższego kominka. To w co akurat wierzyła bezgranicznie, to to że mężczyzna powiadomi resztę Borginów, a wtedy nie mogło jej już być w szpitalu.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.