adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty
Florence Bulstrode w Krainie Czarów
Nie wiesz do końca, dlaczego postanowiłeś iść za tym przedziwnym królikiem, ale po kilku minutach bardzo tego żałowałeś. Wprowadził cię w pułapkę, a mówiąc konkretniej - stanąłeś na zapadni. Spadałeś w dół kilka długich minut… Kurczę, właściwie to spadałeś o wiele za długo. Później ciemność, jaka otaczała cię do tej pory, zamieniła się w czerwień, a na końcu wylądowałeś na wielkim grzybie. Znalazłeś się w świecie z Alicji w Krainie Czarów. Co gorsza - twoi znajomi, zarówno przyjaciele, jak i wrogowie, odgrywali tutaj role niczym w teatrze. Po jakimś czasie udało ci się ocknąć. Na szczęście to nie była prawda, tylko wytwór twojej wyobraźni po tym, jak upadłeś, biegnąc za królikiem i uderzyłeś się w głowę. Powinien cię obejrzeć uzdrowiciel.
Nie wiesz do końca, dlaczego postanowiłeś iść za tym przedziwnym królikiem, ale po kilku minutach bardzo tego żałowałeś. Wprowadził cię w pułapkę, a mówiąc konkretniej - stanąłeś na zapadni. Spadałeś w dół kilka długich minut… Kurczę, właściwie to spadałeś o wiele za długo. Później ciemność, jaka otaczała cię do tej pory, zamieniła się w czerwień, a na końcu wylądowałeś na wielkim grzybie. Znalazłeś się w świecie z Alicji w Krainie Czarów. Co gorsza - twoi znajomi, zarówno przyjaciele, jak i wrogowie, odgrywali tutaj role niczym w teatrze. Po jakimś czasie udało ci się ocknąć. Na szczęście to nie była prawda, tylko wytwór twojej wyobraźni po tym, jak upadłeś, biegnąc za królikiem i uderzyłeś się w głowę. Powinien cię obejrzeć uzdrowiciel.
Na schodach siedział biały królik.
Florence Bulstrode przypatrywała się mu przez bardzo długą chwilę, z pewnym zastanowieniem. Była pewna, że nie ma białego królika, i że jeszcze wczoraj nie miał go ani Atreus, ani Orion. Nie oznaczało to jednak, że któryś z braci nie mógł obudzić się z myślą, że koniecznie pragnie posiadać właśnie królika. Albo że przypadkiem nie zamienił w takiego kubka do kawy – żyli w końcu w świecie czarów, i Florence ze stoickim spokojem przyjęłaby nawet zamianę wszystkich krzeseł w salonie w stado flamingów. Na wszelki wypadek zamrugała, biorąc pod uwagę, że coś zwidziało się jej po zbyt długim dyżurze, albo że w przypadkiem zażyła niewłaściwy eliksir… ale królik wciąż siedział w tym samym miejscu.
Może nawet Bulstrode zostawiłaby tak tę sprawę, przynajmniej na razie, w końcu zwierzak nie pakował się do jej pokoju i niewielkiego saloniku na piętrze, a ona nawet lubiła zwierzęta, i nie było to najdziwniejsze, co przydarzyło się w tym domu, ale królik zaczął obgryzać fragment schodów, a to już uruchomiło w głowie Bulstrode pewien oczywisty mechanizm. Nie znosiła nieporządku, a myśl o uszkodzonych schodach drażniła ją niemożebnie. Jak to potem będzie wyglądało, kiedy ta piękna balustrada będzie nosić ślady króliczych, ostrych ząbków? Kobieta ruszyła więc po stopniach, zdecydowana złapać tego małego nicponia, ten uciekł, ona nieco przyspieszyła, ruszając w ślad za nim, wreszcie potknęła się, a potem…
…podłoga się pod nią otworzyła.
Z ust Florence wyrwał się jeszcze zdławiony okrzyk, nim poleciała w dół.
Nie zdążyła nawet zastanawiać się, skąd wzięła się pułapka w kamienicy przy Horyzontalnej.
*
Spadała.
Spadała.
Spadała.
Właściwie to… spadała o wiele za długo. Tak długo, że w pewnym momencie przestało to być przerażające, a stało się nieco dziwne, by wreszcie stać się irytującym i pozostawić w głowie pytanie „ile to jeszcze potrwa? Jeżeli mam umrzeć, to może niech ta śmierć się pośpieszy?”. Florence otaczała czerń, która później zamieniła się w czerwień, a wreszcie w powierzchnię wielkiego… muchomora? Uniosła się powoli na łokciach, trochę wybita z równowagi, nie tylko tej fizycznej, ale i psychicznej – choć nie na tyle, by odruchowo nie podniosła ręki i nie poprawiła włosów, rozwianych po upadku.
Nigdy nie czytała Alicji w Krainie Czarów i nie znała wielu mugolskich baśni. W jej głowie nie postały więc żadne skojarzenia, kiedy spojrzała wprost w twarz gąsienicy, pykającej z namysłem fajkę. O nie, jedyna myśl, jaka zagościła w głowie Florence brzmiała…
- To jakieś szaleństwo – poinformowała ze złudnym spokojem, siadając. – Mamo? Co ci się stało? Kto transmutował cię w gąsienicę?
Pani Bulstrode rzuciła córce nieco potępiające spojrzenie, jakby ta zadała wyjątkowo niestosowne pytanie. Wypuściła z ust kłąb kolorowego dymu, który poleciał prosto w twarz Florence i sprawił, że ta zaczęła kaszleć. Odruchowo odwróciła głowę i zamrugała, bo dostrzegła kolejne dziwy: równie zdumiewające i absurdalne, co jej matka pod postacią gąsienicy. Tuż koło grzyba przebiegł jej kuzyn Laurent, z jakiegoś powodu ubrany w strój białego królika. W łapie trzymał zegarek, a jego głos powtarzający, że spóźni się, na pewno się spóźni, dobiegł uszu Florence. Zdezorientowana uzdrowicielka zsunęła się z grzyba i spadła prosto w wysoką trawę, po czym ruszyła w ślad za białym królikiem, prześladowana nonsensowną myślą, że przecież jeżeli Laurent miałby się za kogoś przebierać, to za fokę.
Gdzieś mignął jej kot, znikł jednak zaraz. Nic nadzwyczajnego, znikające zwierzęta były w końcu całkowicie normalne w świecie czarów… tyle że ten jakoś mocno kojarzył się Florence z kuzynką Pandorą, a to już było nieco dziwaczne?
Wędrowała pośród roślin, aż gdzieś z oddali dobiegły ją dźwięki, świadczące o jakiejś zabawie. Wyjrzała zza nóżki grzyba, mającego dobre trzy metry wielkości (czy grzyby zawsze były takie wielkie?), i dostrzegła długi stół, przy którym… grano w karty. Nawet nie wydało się jej to dziwne – może dlatego, że w pobliżu była matka, a ona przecież uwielbiała karty. Ba, nawet nauczyła gry Florence, chociaż ta nigdy nie pokochała tego równie mocno, co jej najmłodszy brat…
…który zresztą siedział przy stole, w wielkim kapeluszu. Nie podniósł nawet głowy, nie dostrzegł siostry, zbyt zainteresowany rozgrywką. Za to siedzący przy jego boku zając… o twarzy Oriona… uniósł łapę i zamachał do niej entuzjastycznie, jakby chciał zaprosić ją do wspólnej zabawy.
– Nie podoba mi się to wszystko.
Znajomy głos dobiegł gdzieś z tyłu. Florence drgnęła niespokojnie i odwróciła się: tylko po to, by spojrzeć prosto w twarz Kordelii Avery, ubranej w królewską czerwień. U jej boku stał Patrick Steward, w karcianym mundurze, z halabardą w ręku.
– Ściąć im głowy – zaordynowała Kordelia, a Florence cofnęła się, w nagłej panice: i to wcale nie dlatego, że kazano jej ściąć głowę. Dostrzegła po prostu, że włosy Avery są mokre, że mokra jest jej sukienka. Mokra i… czerwona, owszem, ale od plam krwi. Że jej twarz stała się sina, napuchnięta: to była twarz topielca, na którą nakładało się wspomnienie jeszcze innej twarzy. – Jej również.
– Ty nie żyjesz – powiedziała Florence cicho.
– Wróciłam – poinformowała Kordelia, uśmiechając się dziwnie upiornie. Jej ciało zdawało się martwe, ale oczy… och tak, oczy były żywe.
Patrick uniósł halabardę i Florence uświadomiła sobie, że to wcale nie Patrick, i że ta twarz to tylko maska, która spadła ukazując kolejną maskę, tym razem śmierciożercy i…
*
…Florence przebudziła się na podłodze. Była w kamienicy na Horyzontalnej. We własnym domu. Leżała u stóp schodów, po których schodziła, podążając za białym królikiem.
I koszmarnie, koszmarnie bolała ją głowa.
– Na litość bogini – wymamrotała Florence i jęknęła cicho. Sięgnęła dłonią ku głowie i wyczuła na czole krew. Nie mogła zebrać myśli, ale na pierwszy plan wysuwała się ta: uraz głowy. Niedobrze, Florence.
Oby nie wstrząśnienie mózgu. Raczej nie jakieś uszkodzenie czaszki, bo jednak nie czuła się aż tak źle…
Usiadła bardzo powoli. Przez chwilę świat zawirował jej przed oczami, ale nie było żadnych mdłości, kiedy uniosła dłoń, bez większego problemu mogła skupić spojrzenie na każdym palcu. Podparła się jednak o ścianę, wciąż trochę oszołomiona, nie mając odwagi do próby podniesienia się. Przez moment rozważała zawołanie któregoś z braci – bo nie należała do osób nierozsądnie upierających się, że nic jej nie jest i na pewno da sobie radę sama, jako uzdrowicielka takie zachowania zresztą absolutnie potępiała – ale przypomniała sobie, że chyba dzisiaj oboje mieli dyżur w Biurze Aurorów. W tej chwili była sama, więc żadne krzyki nie miały sensu.
Co za niedorzeczny sen. Chyba najbardziej niedorzeczny ze wszystkich snów, jakie kiedykolwiek się jej przyśniły.
A jednak, nie mogła powstrzymać wzdrygnięcia na jego wspomnienie. Nie mogła zrozumieć, jak jej umysł mógł stworzyć takie widoki. Sny Florence zazwyczaj – o ile nie były wypełnione trudnymi do zrozumienia symbolami – były równie nudne i spokojne jak ona sama. A tym razem? Nie była nawet pewna, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze. Matka, transmutowana w gąsienicę? Laurent w roli białego królika? Orion, który stał się zającem? Nie Atreus grający w karty – to jedno było normalne, chociaż Florence była więcej niż pewna, że jej najmłodszy brat nigdy nie założyłby takiego cylindra. Wyglądał w nim naprawdę dziwnie.
I była Kordelia Avery, martwo – żywa, w roli jakiejś królowej. Chyba to była najdziwniejsze. A może tylko to najbardziej ją przestraszyło? Kordelia przecież utonęła, a Florence bała się wody. Wspomnienie tej twarzy, sprawiało, że po plecach Florence przebiegały dreszcze.
Uzdrowicielka sięgnęła do kieszeni i upewniła się, że ma przy sobie różdżkę. Nie odważyła się jednak rzucać żadnych leczących zaklęć. Nie, kiedy była w takim stanie. Właściwie to powinna udać się do Munga, ale gdyby nie dała rady poprawnie wypowiedzieć nazwy, podróżując przez sieć Fiuu… Nie, nie chciała wylądować gdzieś na Nokturnie. Kiedy zawroty głowy ustąpiły, podniosła się więc powoli i ruszyła wzdłuż ściany, kierując się do kuchni. Trzymała tam parę buteleczek podstawowych eliksirów, ot na nagłe wypadki. Nie musiała nawet patrzeć na etykiety ani szukać – wszystko było poukładane jak od linijki, Florence sięgnęła więc po jedną z buteleczek na ślepo. Była oczywiście właściwa, ale Florence i tak na wszelki wypadek upewniła się jeszcze, kiedy już usiadła przy stole, czy wybrała dobrą miksturę – ot odruch wiecznej perfekcjonistki i uzdrowicielki, która nie może pozwolić sobie na błąd. Wypiła, a potem podparła się łokciami o stół i… czekała aż zacznie działać. Normalnie pewnie musiałaby się skonsultować z uzdrowicielem, ale miała to szczęście, że sama uzdrowicielką była.
Skóra na czole zaswędziała. Florence skrzywiła się mimowolnie, ale pieczenie powoli mijało, a po chwili przestało się jej też kręcić w głowie. Na całe szczęście, uderzenie nie było aż tak mocne. Miała ogromne szczęście. Podniosła się w końcu i natychmiast ruszyła do łazienki, bo teraz, kiedy ból minął, problem krwi na twarzy zdał się jej szczególnie palący. Jako magomedyczka wielokrotnie musiała pobrudzić sobie ręce, ale… była osobą, która potem koniecznie te ręce chciała szybko umyć. Tak jak teraz, bardzo chciała zmyć krew z twarzy.
Oraz koniecznie uczesać włosy. Była pewna, że po tym upadku jest okropnie rozczochrana.
Kiedy Florence jakieś dziesięć minut później wyszła z łazienki, już bez rany na czole, bez krwi na twarzy, bez zawrotów głowy, a za to z ponownie idealnie zaplecionym warkoczem, ruszyła w stronę schodów, chcąc wrócić do siebie i zabrać się za grzebanie w księgach na temat limbo.
Coś jednak sprawiło, że nagle stanęła w miejscu.
No tak.
Gdzie był ten cholerny królik?!
Koniec sesji