Bogaci to jednak mieli dobrze. Nie dosyć, że kajuty mieli full wypas to jeszcze działała u nich elektryka bez żadnego zarzutu. Zapewne gdyby Pemberton żył w innych czasach mógłby powiedzieć, że sąsiad złodziej i to wszystko ukradł dlatego teraz tyle ma. Na całe szczęście nie musiał tym martwić, ponieważ miał poważniejsze problemy.
Za wszelką cenę chciał sprowadzić sir Howarda na dolny pokład, zgodnie z wolą jednej z pasażerek. Sęk w tym, że nie bardzo ktoś mu chciał odpowiedzieć. Może spał? Albo... też mu się coś stało? Nie. Tej myśli do siebie nie dopuszczał, chociaż wiedział, że nieszczęścia chodzą parami.
Chciał zapukać raz jeszcze, ale nie było mu dane - powróciło to "coś". Ta cała "prorocza" wizja odnośnie Perły Morzy. Tylko dlaczego teraz płynął na ten statek skoro się na nim znajdował? Rozumiał, że może ktoś z załogi dopływał, aby wejść na pokład, ponieważ mógł nie zdążyć wsiąść w porcie czy coś w ten deseń... Ale Anthony Burkes? W życiu. On nawet nie był członkiem personelem w żadnym stopniu. Nie zmieniał pościeli. Nie naprawiał elektryki. Nie robił nic innego, niż myślenie o tym jak ukraść to całe złoto.
Jednak czy to na pewno był Burkes? Interesowała go czyjaś siostra? A to nie tak, że on kręcił z Marianne? Nie wiedział... Znaczy wiedział, bo widział jak ten zareagował na dziewczynę w wannie, ale po prostu nie był już pewien chyba niczego. Stanley był już gotów, aby podjąć dyskusję z samym sobą na ten rozległy temat, ale znowu zakręciło mu się w głowie. Poczuł się słabiej, zupełnie jak na dole, aż się musiał złapać co by przypadkiem nie upaść... I wtedy doznał olśnienia. Co najmniej jakby był żarówką, którą ktoś wkręca do zasilanego źródła. Wszystko stało się jakby... niedorzeczne?
Co jest... Przecież dopiero byliśmy na górze... Weszliśmy na pokład i jestem tutaj? Zastanawiał się, rozglądając wokół siebie. Miał tyle pytań na które nie znał odpowiedzi. Tutaj było tyle nie jasnych rzeczy, że nie wiedział od czego powinien zacząć. Gdzie był Anthony? Gdzie Laurent? Geraldine? Danielle? Atreus? Nawet... Ta cała Brenna Longbottom do której przecież pałał czystą niechęcią. I to nie tak, że chciał, aby jej się nic nie stało, wszak było mu to całkiem obojętne. Bardziej chodziło o spokój ducha i nerwy, które zostałyby zniszczone przez załamanego młodszego Borgina... Niedorzeczne, jednak nie było to teraz ważne.
Borgin chciał wrócić do domu w jednym kawałku. Tylko tego brakowało, aby dokonał żywota na jakimś statku gdzie został wezwany z Ministerstwa. Było tu też wystarczająco dużo osób na których mu zależało, aby wejść na najwyższe obroty - Będziesz chciał to kiedyś przyjdziesz. Ja nie mam czasu teraz - rzucił na od chodne w kierunku drzwi, odwracając się na pięcie, chcąc tym samym odnaleźć z powrotem swoich kamratów... Albo kogokolwiek. W tym momencie, ten cały Howard czy inny Jacek nie był już tak ważny jak jeszcze kilka minut temu. Można by rzecz, że momentalnie znalazł się na samym krańcu listy priorytetów - Anthony? Laurent? Geraldine?! Atreus! - nawoływał, obmacując się po ubraniu w poszukiwaniu swoich fantów. Tych jednak nie odnalazł, co wcale, a wcale mu się nie podobało. W końcu bez różdżki to jak bez ręki. Prawdę mówiąc to nie tylko tego poszukiwał - papieroskiem też by nie pogardził.
Stanley postanowił powrócić w miejsce, które opuścił jakiś czas temu kiedy to ruszył na poszukiwania sir Jamesa. Jego docelowym miejscem był pokój Marianne i Persefony - Laurent? Anthony! Geraldine? - szedł, nawołując wszystkie imiona po kolei. Chcąc, nie chcąc - głównie z PRZYPADKU - powiedział też pewnie z raz czy dwa "Brenna?"... No ale to już musiało mu się wymsknąć z tego wszystkiego.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972