07.09.2023, 00:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.10.2023, 18:44 przez Brenna Longbottom.)
Brenna ogólnie miała w życiu sporo szczęścia. Jej rodzina była bogata, wpływowa i czystej krwi – co może nie powinno mieć znaczenia, ale w ich świecie otwierało mnóstwo drzwi – ale przy tym jednak jej członkowie kochali siebie nawzajem mocniej niż tradycję. Nie musiała martwić się o to, że z widmowidzeniem zostanie porzucana sama sobie. Albo że będzie musiała żebrać o pomoc w Ministerstwie. Gdyby nie miała widmowidza w rodzinie, rodzice poszukaliby kogoś wśród przyjaciół, a nie mogąc znaleźć wśród nich, wyciągnęliby pieniądze ze skrytki bankowej i kogoś zatrudnili. Nawet gdyby Jeremiah miał wyszukać takiego nauczyciela z podziemi, to na pewno by to zrobił.
Brenna jeszcze nie zdawała sobie w pełni pojęcia z tego, jaką była szczęściara, ale zawsze kochała swoją rodzinę i zaczynała też powoli to rozumieć - gdy słuchała półsłówek wypowiadanych przez kolegów.
Przekrzywiła lekko głowę, wysłuchując jego wyjaśnień. Nie miała pojęcia, czym jest mikroskop (miała to przyswoić w pełni zresztą dopiero za parę lat, czytając komiksy o Spider Manie, bo Parker miał w końcu aspiracje na naukowca). Ani po co poznawać skład wody. Była w końcu dzieckiem z czarodziejskiego domu i nawet jeśli mieszkała w miejscowości, gdzie mugole żyli tuż obok, i bardzo kochała mugolską literaturę, pewne pojęcia przekraczały jej pojęcie.
– Zaklęcie mistrza Skarpina jest na pewno skuteczniejsze… – zamarudziła z głębokim westchnieniem. Z czystego uporu, bo to nie tak, że zupełnie nie rozumiała, co takiego Bagshot chce przekazać, ale miała piętnaście lat i Musiała Ponarzekać. – Jak mówisz takim tonem, wiesz, nie pytającym, nie zostawiasz mi pola do niezgody – wytknęła, ale na jej ustach zamajaczył uśmiech. – Och, chyba nie chcę rozmawiać z duszami zmarłych. Zdaje mi się, że to byłoby bardzo dziwne. Duchy są takie… oderwane od rzeczywistości? W Hogwarcie jeden siedzi w damskiej łazience. I ma jakieś czternaście lat. Od pięćdziesięciu lat. A Prawie Bezgłowy Nick? Sądząc po stroju, to on od dobrych kilku wieków nie poradził sobie jeszcze z tym, że nie ucięli mu głowy dostatecznie dobrze – stwierdziła, bo oczywiście nie mogła sobie podarować powiedzenia kilku dodatkowych zdań tam, gdzie dało się wszystko zamknąć w jednym. – Ale… dobrze, przeszłość jest stała i nie zmieni się na naszych oczach – mruknęła jeszcze, bo Danielle faktycznie widziała… w pewnym sensie to, co działo się w czyjejś duszy. A jasnowidz to, co ten zamierzał.
Brenna sięgnęła po zapałkę i odpaliła świeczki, jedna po drugiej. Syknęła, kiedy sparzyła sobie palce, trochę niezadowolona – w myślach przeklinała właśnie głupie, hogwarckie regulacje, według których nie mogła tego zrobić magią. A potem sięgnęła po amulet i weszła do kręgu, by usiąść w nim po turecku.
Była gadatliwa. Nadmiernie wręcz gadatliwa. Była uparta jak stado osłów. Bywała też wyjątkowo bezczelna, chociaż ta wada z wiekiem zaczęła zanikać, zamieniając się po prostu w bezpośredniość. Ale umiała się skupić i wbrew pozorom naprawdę bardzo zależało jej na tym, aby osiągnąć sukces i nauczyć się w pełni panować nad widmowidzeniem. Ciągnęło ją to. Zawsze była ciekawska, a widmowidzenie mogło dać odpowiedzi na pytania. Przeszłość w oczach Brenny kształtowała teraźniejszość oraz przyszłość. Poza tym - w gruncie rzeczy - była typową nastolatką. I marzyło się jej, by być choć trochę niezwykłą. A jedynym, co było w niej niezwykłe, była niestety ta umiejętność. Nie wspominając już o tym, że właśnie jakiś czas temu Brennie przyszło do głowy, że przecież widmowidzenie może być przydatne w Brygadzie, a ona bardzo chciała być Brygadzistką...
Przymknęła powieki, wciągnęła w płuca zapach rytualnych świec, palcami zbadała fakturę medalionu. Był chłodny pod jej dotykiem, nieco chropowaty tam, gdzie wyryto wzór. Zastanowiła się, kto dotykał go przed nią i…
…zamrugała.
Nie widziała już dymu, Alfreda ani pomieszczenia w posiadłości Longbottomów. Przez chwilę spoglądała na siwowłosą kobietę, w błękitnej sukience. Medalion wisiał na jej szyi. Gładziła go, chyba bezmyślnie, bo spojrzenie wyblakłych oczu skierowała ku oknu…
Mrugnięcie.
– Kobieta? Starsza. Siwowłosa. Jasne oczy. Chyba słabo widziała. Błękitna sukienka. Patrzyła przez okno. To znaczy kobieta patrzyła przez okno, nie sukienka. Nie znam jej. Ani kobiety, ani sukienki – wyrecytowała Brenna, marszcząc brwi. – Czy mam spróbować zobaczyć coś konkretnego? – zapytała, bo w tej chwili sięgnęła ku losowemu obrazkowi, wyciągniętemu na podstawie jej myśli o tym, kto jeszcze mógł wcześniej mieć w rękach ten medalion…
Spojrzała pytająco na Alfreda, czekając na to, czy potwierdzi albo zaprzeczy. Kiedy potwierdził, że zobaczyła widok faktycznie związany z medalionem, uśmiechnęła się mimowolnie. Nie musiał jej chwalić - nie oczekiwała pochwał - sama z siebie była bardzo zadowolona i to, że się udało, w zupełności Brennę satysfakcjonowało.
Ponownie obróciła medalion w dłoniach, tym razem próbując "zadać" mu konkretne pytanie.
Gdzie byłeś wczoraj?
Przez chwilę widziała w dymie czyjeś ręce, tym razem męskie, zaciśnięte na przedmiocie. Wydawało się jej, że trzymał go Alfred, tyle że... dalej coś poszło nie tak. Obraz wymykał się, zamazywał. Próbowała się go uchwycić ze wszystkich sił, ale nie mogła. Wizja umknęła, znikła, jak woda, przemykająca między palcami. Brenna zamrugała, raz, drugi. Wszystko straciło ostrość. Nie straciła wzroku, ale obraz zamazywał się jej przed oczyma, nie widziała już Alfreda, a tylko dym. W dodatku straszliwie kręciło się jej w głowie. Zwalczyła przypływ paniki, bo przecież babcia mówiła, że takie rzeczy się zdarzają... Na pewno za godzinę znowu będzie widziała w zupełności normalnie. Musiała tylko odpocząć.
- Wiesz co? Chyba koniec lekcji - powiedziała dość żałosnym tonem. - Tak jakby ledwo widzę - westchnęła, bardzo ostrożnie podnosząc się, i próbując nie wpaść na żadną ze świec. Pozostawiła ich zgaszenie nauczycielowi: sama wyszła z kręgu i podparła się na moment o ścianę. Czekała aż odzyska widzenie chociaż częściowo, aby móc wrócić do swojego pokoju i tam godzinę posiedzieć. Chociaż Brenna naprawdę nie cierpiała siedzieć, nic nie robiąc, a teraz była rozczarowana, że nie osiągnęła tego, co sobie zaplanowała
Tak już bywało.
Raz wychodziło, raz nie.
Widmowidzenie wszak było kapryśne...
Brenna jeszcze nie zdawała sobie w pełni pojęcia z tego, jaką była szczęściara, ale zawsze kochała swoją rodzinę i zaczynała też powoli to rozumieć - gdy słuchała półsłówek wypowiadanych przez kolegów.
Przekrzywiła lekko głowę, wysłuchując jego wyjaśnień. Nie miała pojęcia, czym jest mikroskop (miała to przyswoić w pełni zresztą dopiero za parę lat, czytając komiksy o Spider Manie, bo Parker miał w końcu aspiracje na naukowca). Ani po co poznawać skład wody. Była w końcu dzieckiem z czarodziejskiego domu i nawet jeśli mieszkała w miejscowości, gdzie mugole żyli tuż obok, i bardzo kochała mugolską literaturę, pewne pojęcia przekraczały jej pojęcie.
– Zaklęcie mistrza Skarpina jest na pewno skuteczniejsze… – zamarudziła z głębokim westchnieniem. Z czystego uporu, bo to nie tak, że zupełnie nie rozumiała, co takiego Bagshot chce przekazać, ale miała piętnaście lat i Musiała Ponarzekać. – Jak mówisz takim tonem, wiesz, nie pytającym, nie zostawiasz mi pola do niezgody – wytknęła, ale na jej ustach zamajaczył uśmiech. – Och, chyba nie chcę rozmawiać z duszami zmarłych. Zdaje mi się, że to byłoby bardzo dziwne. Duchy są takie… oderwane od rzeczywistości? W Hogwarcie jeden siedzi w damskiej łazience. I ma jakieś czternaście lat. Od pięćdziesięciu lat. A Prawie Bezgłowy Nick? Sądząc po stroju, to on od dobrych kilku wieków nie poradził sobie jeszcze z tym, że nie ucięli mu głowy dostatecznie dobrze – stwierdziła, bo oczywiście nie mogła sobie podarować powiedzenia kilku dodatkowych zdań tam, gdzie dało się wszystko zamknąć w jednym. – Ale… dobrze, przeszłość jest stała i nie zmieni się na naszych oczach – mruknęła jeszcze, bo Danielle faktycznie widziała… w pewnym sensie to, co działo się w czyjejś duszy. A jasnowidz to, co ten zamierzał.
Brenna sięgnęła po zapałkę i odpaliła świeczki, jedna po drugiej. Syknęła, kiedy sparzyła sobie palce, trochę niezadowolona – w myślach przeklinała właśnie głupie, hogwarckie regulacje, według których nie mogła tego zrobić magią. A potem sięgnęła po amulet i weszła do kręgu, by usiąść w nim po turecku.
Była gadatliwa. Nadmiernie wręcz gadatliwa. Była uparta jak stado osłów. Bywała też wyjątkowo bezczelna, chociaż ta wada z wiekiem zaczęła zanikać, zamieniając się po prostu w bezpośredniość. Ale umiała się skupić i wbrew pozorom naprawdę bardzo zależało jej na tym, aby osiągnąć sukces i nauczyć się w pełni panować nad widmowidzeniem. Ciągnęło ją to. Zawsze była ciekawska, a widmowidzenie mogło dać odpowiedzi na pytania. Przeszłość w oczach Brenny kształtowała teraźniejszość oraz przyszłość. Poza tym - w gruncie rzeczy - była typową nastolatką. I marzyło się jej, by być choć trochę niezwykłą. A jedynym, co było w niej niezwykłe, była niestety ta umiejętność. Nie wspominając już o tym, że właśnie jakiś czas temu Brennie przyszło do głowy, że przecież widmowidzenie może być przydatne w Brygadzie, a ona bardzo chciała być Brygadzistką...
Przymknęła powieki, wciągnęła w płuca zapach rytualnych świec, palcami zbadała fakturę medalionu. Był chłodny pod jej dotykiem, nieco chropowaty tam, gdzie wyryto wzór. Zastanowiła się, kto dotykał go przed nią i…
…zamrugała.
Nie widziała już dymu, Alfreda ani pomieszczenia w posiadłości Longbottomów. Przez chwilę spoglądała na siwowłosą kobietę, w błękitnej sukience. Medalion wisiał na jej szyi. Gładziła go, chyba bezmyślnie, bo spojrzenie wyblakłych oczu skierowała ku oknu…
Mrugnięcie.
– Kobieta? Starsza. Siwowłosa. Jasne oczy. Chyba słabo widziała. Błękitna sukienka. Patrzyła przez okno. To znaczy kobieta patrzyła przez okno, nie sukienka. Nie znam jej. Ani kobiety, ani sukienki – wyrecytowała Brenna, marszcząc brwi. – Czy mam spróbować zobaczyć coś konkretnego? – zapytała, bo w tej chwili sięgnęła ku losowemu obrazkowi, wyciągniętemu na podstawie jej myśli o tym, kto jeszcze mógł wcześniej mieć w rękach ten medalion…
Spojrzała pytająco na Alfreda, czekając na to, czy potwierdzi albo zaprzeczy. Kiedy potwierdził, że zobaczyła widok faktycznie związany z medalionem, uśmiechnęła się mimowolnie. Nie musiał jej chwalić - nie oczekiwała pochwał - sama z siebie była bardzo zadowolona i to, że się udało, w zupełności Brennę satysfakcjonowało.
Ponownie obróciła medalion w dłoniach, tym razem próbując "zadać" mu konkretne pytanie.
Gdzie byłeś wczoraj?
Przez chwilę widziała w dymie czyjeś ręce, tym razem męskie, zaciśnięte na przedmiocie. Wydawało się jej, że trzymał go Alfred, tyle że... dalej coś poszło nie tak. Obraz wymykał się, zamazywał. Próbowała się go uchwycić ze wszystkich sił, ale nie mogła. Wizja umknęła, znikła, jak woda, przemykająca między palcami. Brenna zamrugała, raz, drugi. Wszystko straciło ostrość. Nie straciła wzroku, ale obraz zamazywał się jej przed oczyma, nie widziała już Alfreda, a tylko dym. W dodatku straszliwie kręciło się jej w głowie. Zwalczyła przypływ paniki, bo przecież babcia mówiła, że takie rzeczy się zdarzają... Na pewno za godzinę znowu będzie widziała w zupełności normalnie. Musiała tylko odpocząć.
- Wiesz co? Chyba koniec lekcji - powiedziała dość żałosnym tonem. - Tak jakby ledwo widzę - westchnęła, bardzo ostrożnie podnosząc się, i próbując nie wpaść na żadną ze świec. Pozostawiła ich zgaszenie nauczycielowi: sama wyszła z kręgu i podparła się na moment o ścianę. Czekała aż odzyska widzenie chociaż częściowo, aby móc wrócić do swojego pokoju i tam godzinę posiedzieć. Chociaż Brenna naprawdę nie cierpiała siedzieć, nic nie robiąc, a teraz była rozczarowana, że nie osiągnęła tego, co sobie zaplanowała
Tak już bywało.
Raz wychodziło, raz nie.
Widmowidzenie wszak było kapryśne...
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.