07.09.2023, 01:05 ✶
Florence miała wielką ochotę ruszyć do kowenu, kiedy Atreus nie wrócił trzeciego, czwartego ani piątego maja. Ale powstrzymała ten odruch. Bywała nadopiekuńcza: ale też zdawała sobie sprawę z tego, że ci, o których troszczyła się jako dzieci dorośli i nie mogła już wiecznie stać nad nimi niby kwoka nad pisklętami.
Co nie oznaczało, że nie robiła tego od czasu do czasu.
– Wybacz, zapomniałam o twoim złotym sercu, zawsze skłonnym do bezinteresownych poświęceń – powiedziała łagodnie, chociaż na moment kącik ust drgnął lekko, nadając jej poważnej twarzy nieco kpiący wyraz. Zaraz jednak znów patrzyła na niego ze swoim zwykłym spokojem. Florence wyprowadzić z równowagi było dość trudno – no chyba że zrobiło się bałagan w eliksirach leczniczych. Kiedy zajęła miejsce naprzeciwko brata, i jej mina, i aura wskazywały na ten spokój. Aura Bulstrode zresztą nigdy nie przejawiała skłonności do gwałtownych zmian koloru, zwykle zachowując dość jednolite barwy, i co najwyżej czasem lekko kolorując się rozbawieniem czy niepokojem.
– Naprawdę? I wróciłeś w pełni wyleczony, nie czujesz już przedziwnego zimna, na które nie pomoże żadna, nawet najcieplejsza herbata? – spytała Florence retorycznie. Wiedziała, że odpowiedź brzmi nie. I Mavelle, i Patrick, byli zimni. I odczuwali ten chłód. Żaden ogień, żadne słońce, żadne zaklęcie, żaden dotyk, nie mogły sprawić, że będzie im ciepło. – Chętnie usłyszę, co takiego powiedziały ci kapłanki, ale wolałabym przeprowadzić badania sama – oświadczyła stanowczym tonem. Bo tak, umiała być równie uparta jak Atreus, i teraz koniecznie chciała go przebadać na własną rękę. – Rozumiem, że zawsze marzyłeś o znalezieniu sobie partnerki z nekrofilskimi zapędami? – spytała z kamiennym wyrazem twarzy, kiedy wspomniał, że jego zdaniem wszystko jest w porządku. – Dotykanie waszej skóry jest jak dotykanie trupów – powiedziała prosto z mostu. Nie martwiła się specjalnie, że zrani uczucia Atreusa, bo nie siedział przed nią Laurent. Najmłodszy z Bulstrodów miał twardą skórę.
I zimną, niestety. A chociaż jemu to nie przeszkadzało, Florence już tak: głównie dlatego, że obawiała się, że śmierć z opóźnieniem przyjdzie po swoje.
Bo było tak, jakby umarli, ale coś pchnęło ich z powrotem do życia.
Co nie oznaczało, że nie robiła tego od czasu do czasu.
– Wybacz, zapomniałam o twoim złotym sercu, zawsze skłonnym do bezinteresownych poświęceń – powiedziała łagodnie, chociaż na moment kącik ust drgnął lekko, nadając jej poważnej twarzy nieco kpiący wyraz. Zaraz jednak znów patrzyła na niego ze swoim zwykłym spokojem. Florence wyprowadzić z równowagi było dość trudno – no chyba że zrobiło się bałagan w eliksirach leczniczych. Kiedy zajęła miejsce naprzeciwko brata, i jej mina, i aura wskazywały na ten spokój. Aura Bulstrode zresztą nigdy nie przejawiała skłonności do gwałtownych zmian koloru, zwykle zachowując dość jednolite barwy, i co najwyżej czasem lekko kolorując się rozbawieniem czy niepokojem.
– Naprawdę? I wróciłeś w pełni wyleczony, nie czujesz już przedziwnego zimna, na które nie pomoże żadna, nawet najcieplejsza herbata? – spytała Florence retorycznie. Wiedziała, że odpowiedź brzmi nie. I Mavelle, i Patrick, byli zimni. I odczuwali ten chłód. Żaden ogień, żadne słońce, żadne zaklęcie, żaden dotyk, nie mogły sprawić, że będzie im ciepło. – Chętnie usłyszę, co takiego powiedziały ci kapłanki, ale wolałabym przeprowadzić badania sama – oświadczyła stanowczym tonem. Bo tak, umiała być równie uparta jak Atreus, i teraz koniecznie chciała go przebadać na własną rękę. – Rozumiem, że zawsze marzyłeś o znalezieniu sobie partnerki z nekrofilskimi zapędami? – spytała z kamiennym wyrazem twarzy, kiedy wspomniał, że jego zdaniem wszystko jest w porządku. – Dotykanie waszej skóry jest jak dotykanie trupów – powiedziała prosto z mostu. Nie martwiła się specjalnie, że zrani uczucia Atreusa, bo nie siedział przed nią Laurent. Najmłodszy z Bulstrodów miał twardą skórę.
I zimną, niestety. A chociaż jemu to nie przeszkadzało, Florence już tak: głównie dlatego, że obawiała się, że śmierć z opóźnieniem przyjdzie po swoje.
Bo było tak, jakby umarli, ale coś pchnęło ich z powrotem do życia.