08.11.2022, 00:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2022, 00:19 przez Eden Lestrange.)
Snowdonię odwiedzała nie pierwszy raz, lecz tym razem wizycie towarzyszyły zgoła odmienne pobudki niż zazwyczaj. Albowiem Eden zwykle wpadała do Geraldine w odwiedziny, gdy coś ją niemiłosiernie rozjuszyło i tylko świst miotanych po lesie bełtów był w stanie ten gniew uciszyć.
Tym razem jednak nie chodziło o nieszczególnie umiejętne próby upolowania jelenia dla wyżycia się po kolejnej niezbyt owocnej kłótni z mężem, bo dosyć niedawno para wreszcie zakopała topór wojenny (aczkolwiek była święcie przekonana, że obydwoje doskonale zapamiętali gdzie). Dzisiaj humor miała raczej przyjemny, w końcu na zaproszenie Gerry przyjechała się bawić; choć musiała przyznać, że zwykle nie obracała się w tym towarzystwie i nie wiedziała, czego się po pozostałych gościach spodziewać.
Lestrange nie była typem osoby, której zależało na tym, by jej przybycie zostało zaanonsowane całemu towarzystwu. Oczywiście w wielu wypadkach i tak zwracała na siebie uwagę mimowolnie, ale nie lubiła robić wokół siebie szumu wtedy, gdy było to niekonieczne - zwłaszcza że dzisiejsza okazja wołała o nieco innych głównych bohaterów, mianowicie bliźnięta Yaxley. Dlatego weszła do środka wpuszczona przez jednego ze skrzatów (ich imion nie zapamiętałaby, nawet gdyby chciała, wszystkie w jej mniemaniu wyglądały tak samo), któremu wręczyła dużą skórzaną torbę zawierającą ubrania na zmianę i najpotrzebniejsze rzeczy. Uprzejmie przywitała się z gospodarzami, którzy zdążyli poznać Eden już jakiś czas temu, po czym nonszalancko wmanewrowała pomiędzy gości, by wreszcie przywitać się z tą, dla której w ogóle tutaj zdecydowała się pojawić.
Nie mogła ukryć konsternacji, widząc ubiór co poniektórych gości. Może nie doczytali dokładnie zaproszenia? Zobaczyli tylko przyjęcie urodzinowe i od razu pobiegli kupić fikuśne suknie balowe, jeszcze zanim do ich głowy dotarła jakakolwiek myśl? Miała dziwne uczucie deja vu, jednak nie mogła się zdecydować, czy chodzi o bal Longbottomów z zeszłego tygodnia, czy tę jedną wizytę w cyrku z ojcem, który zabrał ją tam wraz z Elliottem, by pokazać dzieciom, że jeśli nie będą się go słuchać i dobrze uczyć, to skończą jako jedni z występujących klaunów.
- Gerry, mogłaś wspomnieć, że jednym z punktów programu będzie walc z garborogami - powiedziała na głos, zbliżając się do jubilatki. - Wtedy też wystroiłabym się jak wszetecznica na Beltane. - Kończąc zdanie przejechała wzrokiem po różowym tiulu kobiety stojącej nieopodal, po czym uśmiechnęła się serdecznie do Geraldine, łapiąc jej dłoń i ściskając ją w ciepłym geście powitania. Eden wiedziała, co oznacza polowanie, więc nawet nie zabrała ze sobą żadnej sukienki czy butów na obcasie. Miała na sobie ciemnobrązowe, ściśle przylegające do nóg spodnie z wysokim stanem, w które wpuściła białą koszulę z zawiązaną w luźną kokardę czarną wstążką pod kołnierzykiem. Nogawki wciśnięte były w wysokie myśliwskie obuwie, które Gerry powinna doskonale znać, gdyż Eden uważała je za najlepszy wybór, jeśli chodziło o wspólne szlajanie się po okolicznych lasach tej dwójki. Tym razem jednak przybyła w nowej marynarce, nie chcąc zupełnie powtarzać ubioru, bo przecież urodziny nakazywały ubrać się chociaż trochę odświętnie; połyskiwała ciemnozieloną, szmaragdową zielenią, a we wewnętrznej kieszeni skrywała różdżkę. - Wszystkiego najlepszego, moja droga. - Złożywszy życzenia Geraldine, wręczyła jej podłużne, schludnie zapakowane pudełko. Gdyby je otworzyła, odnalazłaby ozdobny sztylet z rękojeścią przypominającą ogon czerwonego smoka.
- Przedstawisz mnie towarzystwu? - zagadnęła dziewczynę, mając na myśli otaczające ją grono osób. O ile zrobiła to głównie z grzeczności, bo nie przewidywała, że podczas tego przyjęcia odnajdzie przyjaciół na lata, to była również ciekawa, z kim właściwie ma do czynienia. Słyszała o Theseusie i kojarzyła Borgina; choć ten drugi pewnie wolałby, gdyby było inaczej.
Tym razem jednak nie chodziło o nieszczególnie umiejętne próby upolowania jelenia dla wyżycia się po kolejnej niezbyt owocnej kłótni z mężem, bo dosyć niedawno para wreszcie zakopała topór wojenny (aczkolwiek była święcie przekonana, że obydwoje doskonale zapamiętali gdzie). Dzisiaj humor miała raczej przyjemny, w końcu na zaproszenie Gerry przyjechała się bawić; choć musiała przyznać, że zwykle nie obracała się w tym towarzystwie i nie wiedziała, czego się po pozostałych gościach spodziewać.
Lestrange nie była typem osoby, której zależało na tym, by jej przybycie zostało zaanonsowane całemu towarzystwu. Oczywiście w wielu wypadkach i tak zwracała na siebie uwagę mimowolnie, ale nie lubiła robić wokół siebie szumu wtedy, gdy było to niekonieczne - zwłaszcza że dzisiejsza okazja wołała o nieco innych głównych bohaterów, mianowicie bliźnięta Yaxley. Dlatego weszła do środka wpuszczona przez jednego ze skrzatów (ich imion nie zapamiętałaby, nawet gdyby chciała, wszystkie w jej mniemaniu wyglądały tak samo), któremu wręczyła dużą skórzaną torbę zawierającą ubrania na zmianę i najpotrzebniejsze rzeczy. Uprzejmie przywitała się z gospodarzami, którzy zdążyli poznać Eden już jakiś czas temu, po czym nonszalancko wmanewrowała pomiędzy gości, by wreszcie przywitać się z tą, dla której w ogóle tutaj zdecydowała się pojawić.
Nie mogła ukryć konsternacji, widząc ubiór co poniektórych gości. Może nie doczytali dokładnie zaproszenia? Zobaczyli tylko przyjęcie urodzinowe i od razu pobiegli kupić fikuśne suknie balowe, jeszcze zanim do ich głowy dotarła jakakolwiek myśl? Miała dziwne uczucie deja vu, jednak nie mogła się zdecydować, czy chodzi o bal Longbottomów z zeszłego tygodnia, czy tę jedną wizytę w cyrku z ojcem, który zabrał ją tam wraz z Elliottem, by pokazać dzieciom, że jeśli nie będą się go słuchać i dobrze uczyć, to skończą jako jedni z występujących klaunów.
- Gerry, mogłaś wspomnieć, że jednym z punktów programu będzie walc z garborogami - powiedziała na głos, zbliżając się do jubilatki. - Wtedy też wystroiłabym się jak wszetecznica na Beltane. - Kończąc zdanie przejechała wzrokiem po różowym tiulu kobiety stojącej nieopodal, po czym uśmiechnęła się serdecznie do Geraldine, łapiąc jej dłoń i ściskając ją w ciepłym geście powitania. Eden wiedziała, co oznacza polowanie, więc nawet nie zabrała ze sobą żadnej sukienki czy butów na obcasie. Miała na sobie ciemnobrązowe, ściśle przylegające do nóg spodnie z wysokim stanem, w które wpuściła białą koszulę z zawiązaną w luźną kokardę czarną wstążką pod kołnierzykiem. Nogawki wciśnięte były w wysokie myśliwskie obuwie, które Gerry powinna doskonale znać, gdyż Eden uważała je za najlepszy wybór, jeśli chodziło o wspólne szlajanie się po okolicznych lasach tej dwójki. Tym razem jednak przybyła w nowej marynarce, nie chcąc zupełnie powtarzać ubioru, bo przecież urodziny nakazywały ubrać się chociaż trochę odświętnie; połyskiwała ciemnozieloną, szmaragdową zielenią, a we wewnętrznej kieszeni skrywała różdżkę. - Wszystkiego najlepszego, moja droga. - Złożywszy życzenia Geraldine, wręczyła jej podłużne, schludnie zapakowane pudełko. Gdyby je otworzyła, odnalazłaby ozdobny sztylet z rękojeścią przypominającą ogon czerwonego smoka.
- Przedstawisz mnie towarzystwu? - zagadnęła dziewczynę, mając na myśli otaczające ją grono osób. O ile zrobiła to głównie z grzeczności, bo nie przewidywała, że podczas tego przyjęcia odnajdzie przyjaciół na lata, to była również ciekawa, z kim właściwie ma do czynienia. Słyszała o Theseusie i kojarzyła Borgina; choć ten drugi pewnie wolałby, gdyby było inaczej.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~