07.09.2023, 03:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2023, 03:43 przez Brenna Longbottom.)
Brenna była skłonna zrzucić wszystko na Voldemorta, bo przecież oczywiste, że skoro popsuł Beltane, popsuł ognie, popsuł też w jakiś sposób rytuał. Mieszkała w tej Dolinie od lat, była niemal na każdym sabacie i nigdy to tak na nikogo nie zadziałało. Usłyszałaby o tym i chyba prędzej odgryzłaby sobie rękę niż wzięła od kogoś wianek albo uplotła własny.
– To będzie fascynująca lektura. – Trochę kpiła, a trochę mówiła poważnie. Chociaż jeżeli szło o Claudię, miał być tylko raport, a w przypadku Victorii Brenna już myślała o tym, że była skłonna podzielić się swoimi wspomnieniami. Żaden raport nie mógł oddać tego, co tam się działo. – Miałam zamiar napisać do przyjaciółek, które wzięły w tym udział, ale nie zdążyłam – mruknęła, bo to nie tak, że absolutnie go zignorowała. Zresztą i tak miała zamiar do nich napisać i spytać, czy zauważyły coś podobnego. W takich sytuacjach umysł Brenny krzyczał wręcz: więcej informacji, potrzeba więcej danych do analizy.
– Hm, przeklęto miotłę mojego brata, a ja na nią wsiadłam. I biłam się z wampirem. Wyglądałam gorzej – przyznała, chociaż normalnie pewnie by tego nie powiedziała. Może było to zmęczenie, może cholerna magia cholernych ogni, ale jakoś łatwo było wygadać mu więcej niż powinna, chociaż akurat i przeklęta miotła, i bójka z wampirem (to znaczy pierwsza z dwóch), trafiły do oficjalnych akt.
Nie próbowała zabrać ręki. Nie wzdrygnęła się nawet na chłód jego skóry, bo prawda była taka, że Brenna zwyczajnie do tego zimna przywykła. Zimnymi byli jej siostra, jej przyjaciółka, jej dowódca. Chwytała rękę Mavelle od zawsze i nie zamierzała przestała tylko dlatego, że ta nagle straciła ciepło. Było to absolutnie niewłaściwe, pozwalać mu trzymać tę dłoń, skoro jak szczerze wierzyła, był zaręczony, ale nawet o tym nie pomyślała: nie od razu przynajmniej. Ten gest, przez chwilę, zdawał się po prostu naturalny.
Ale potem Atreus zadał pytanie i przypomniał Brennie o tym i o wym. A głównie o kimś, imieniem Elaine.
Może naprawdę powinno jej ulżyć, że to magia sprawiała, że o wiele za dużo myślała o kimś, kto miał narzeczoną. W pewnym sensie trochę ulżyło, chociaż wcale nie ułatwiało całej sytuacji.
- To nie oczywiste? – zapytała, cofając wreszcie dłoń. Może nie zakładała, że było oczywiste dotąd, ale była pewna, że ogień Beltane szepce tylko do niej. I że Bulstrode nawet nie zauważy, że go unika, że na jego widok Brenna skręca w Ministerstwie w pierwszy lepszy korytarz, a do Biura Aurorów, gdzie wcześniej wbiegała prawie codziennie do Patricka/Lucy/Alastora (niepotrzebne skreślić) nie zbliżyła się ani razu. Nie wypierała się, nie miała też problemów z powiedzeniem prawdy, bo chociaż zdecydowanie nie miała za sobą nawet jednej setnej tych flirtów, co Atreus, to po prostu nie była nieśmiałą dziewczyną. – Mówiłam. Myślałam, że zgłupiałam. Bo tak, świetnie zamieniasz śmierciożerców w kamień i dobrze tańczysz, ale ja nie mam siedemnastu lat, żeby to powinno tak działać, a ty jesteś zaręczony.
– To będzie fascynująca lektura. – Trochę kpiła, a trochę mówiła poważnie. Chociaż jeżeli szło o Claudię, miał być tylko raport, a w przypadku Victorii Brenna już myślała o tym, że była skłonna podzielić się swoimi wspomnieniami. Żaden raport nie mógł oddać tego, co tam się działo. – Miałam zamiar napisać do przyjaciółek, które wzięły w tym udział, ale nie zdążyłam – mruknęła, bo to nie tak, że absolutnie go zignorowała. Zresztą i tak miała zamiar do nich napisać i spytać, czy zauważyły coś podobnego. W takich sytuacjach umysł Brenny krzyczał wręcz: więcej informacji, potrzeba więcej danych do analizy.
– Hm, przeklęto miotłę mojego brata, a ja na nią wsiadłam. I biłam się z wampirem. Wyglądałam gorzej – przyznała, chociaż normalnie pewnie by tego nie powiedziała. Może było to zmęczenie, może cholerna magia cholernych ogni, ale jakoś łatwo było wygadać mu więcej niż powinna, chociaż akurat i przeklęta miotła, i bójka z wampirem (to znaczy pierwsza z dwóch), trafiły do oficjalnych akt.
Nie próbowała zabrać ręki. Nie wzdrygnęła się nawet na chłód jego skóry, bo prawda była taka, że Brenna zwyczajnie do tego zimna przywykła. Zimnymi byli jej siostra, jej przyjaciółka, jej dowódca. Chwytała rękę Mavelle od zawsze i nie zamierzała przestała tylko dlatego, że ta nagle straciła ciepło. Było to absolutnie niewłaściwe, pozwalać mu trzymać tę dłoń, skoro jak szczerze wierzyła, był zaręczony, ale nawet o tym nie pomyślała: nie od razu przynajmniej. Ten gest, przez chwilę, zdawał się po prostu naturalny.
Ale potem Atreus zadał pytanie i przypomniał Brennie o tym i o wym. A głównie o kimś, imieniem Elaine.
Może naprawdę powinno jej ulżyć, że to magia sprawiała, że o wiele za dużo myślała o kimś, kto miał narzeczoną. W pewnym sensie trochę ulżyło, chociaż wcale nie ułatwiało całej sytuacji.
- To nie oczywiste? – zapytała, cofając wreszcie dłoń. Może nie zakładała, że było oczywiste dotąd, ale była pewna, że ogień Beltane szepce tylko do niej. I że Bulstrode nawet nie zauważy, że go unika, że na jego widok Brenna skręca w Ministerstwie w pierwszy lepszy korytarz, a do Biura Aurorów, gdzie wcześniej wbiegała prawie codziennie do Patricka/Lucy/Alastora (niepotrzebne skreślić) nie zbliżyła się ani razu. Nie wypierała się, nie miała też problemów z powiedzeniem prawdy, bo chociaż zdecydowanie nie miała za sobą nawet jednej setnej tych flirtów, co Atreus, to po prostu nie była nieśmiałą dziewczyną. – Mówiłam. Myślałam, że zgłupiałam. Bo tak, świetnie zamieniasz śmierciożerców w kamień i dobrze tańczysz, ale ja nie mam siedemnastu lat, żeby to powinno tak działać, a ty jesteś zaręczony.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.