07.09.2023, 10:12 ✶
Brenna nie wspomniała o wpadaniu do dziur z żywymi trupami, mauzoleów z nieumarłymi i bagien z utopcami. Chociaż po nich też się wywinęła i wróciła cała i zdrowa. Atreus miał pełne prawo być wdzięczny, że kwiecień go ominął. I zły, że jednak trafił się ten maj. Sama Brenna była tym zirytowana, i to nawet nie dlatego, że czasem czuła się paskudnie przez magię ani nie tylko dlatego, że Bulstrode miał wiedzieć o wszystkich jej eskapadach: do tej pory owszem, ale teraz po prostu wiedziała, że to to wszystko, to czary, i drażniło ją, że jakaś moc mąci jej w głowie. Z drugiej stroni cieszyła się, że to jednak tylko czary, bo do tej pory pewna, że wszystko jest dziełem jej własnego umysłu, naprawdę zachowywała się coraz bardziej po wariacku.
Wsunęła dłonie do kieszeni kurtki bratka, być może z tego samego powodu, co auror szarpał sobie włosy – nie była pewna, co z nimi zrobić. Mogłaby przysiąc, że wciąż czuje jego dotyk i to nie tylko dlatego, że rękę miał cholernie zimną.
Już nie jest.
Przez ułamek sekundy Brenna nie mogła powstrzymać zdradzieckiej ulgi na tę informację, która jednak błyskawicznie zostało przytłumione przez wyrzuty sumienia. Bo tak, może i przynajmniej nie głupiała na punkcie kogoś zajętego, ale ciężko było nie uznać, że przeklęte Beltane stało się kamyczkiem, który wywołał tutaj lawinę: Atreus może nie był zajęty, ale stało się tak przez Beltaine. Chociaż nie, nie zakładała, że to jedyny powód, ale nie pomyślała wcale, że być może chodziło tylko o to, że Elaine i Atreus do siebie nie pasowali. Raczej... Cóż. W końcu nie była aż tak zaspana – bo zdecydowanie jego pojawienie się wymogło otrzeźwienie – żeby nie pomyśleć, że skoro jednak nie był z Elaine, to był z kimś innym. Czuła to w końcu, przynajmniej parę razy.
Ale może to nie zdarzyłoby się, gdyby nie pewien cholerny wianek.
Cofnęła się o krok po wilgotnej trawie.
- Przepraszam – skwitowała, całkiem szczerze, z pewnym zmęczeniem, nie wynikającym już z tego, że tak długo nie spała. Jakby nie było, to jednak ona była winna, że w ogóle wzięli ten udział. – To niczego nie zmieni, ale i tak przepraszam. Dałam ci ten wianek, bo chciałam, żebyś na moment mnie zostawił. Zobaczyłam moją kuzynkę u boku kogoś… kogo wolałabym tam nie widzieć i chciałam ją ostrzec. A potem jak wspomniałeś o tych nie działających palach, rozbawiła mnie myśl, żeby tam wejść. Nie powinnam była. Mogłam po prostu poprosić o moment.
Brenna zareagowała na obecność Rookwooda bardzo gwałtownie, bo wiedziała, że tej nocy nastąpi atak śmierciożerców i że któryś z Rookwoodów śmierciożercą jest na pewno. A oto chwilę wcześniej widziała siostrę u boku kogoś z Rookwoodów… Reakcja była przesadzona – bo po prawdzie gdyby Brenna miała obstawiać, kto u nich jest śmierciożercą, nie postawiłaby na Ulyssesa, który zdawał się po prostu… nazbyt uporządkowany, aby brać udział w torturach na mugolach – ale kiedy oczekujesz wpadnięcia na imprezę tłumu morderców, rzadko jesteś skłonny do dbania o wystawianie ocen indywidualnych. Najgorsze było jednak to, że w ostatecznym rozrachunku wcale nie żałowała: jeżeli przypadkiem powstrzymała Dani przed daniem mu wianka, to już wolała męczyć się sama niż by tych dwoje było związanych więzią. Nie z niechęci do Ulyssesa. Z prostego powodu. Gdyby to Ulysses pojawił się tak przed domem jak Atreus, ściągnięty magią, i wpadł na Charliego… mógłby go rozpoznać. I komuś wspomnieć, nawet jeżeli sam nie był śmierciożercą.
Tyle że bardzo nie chciała zepsuć komukolwiek związku.
Omal nie zaproponowała, że pogada z Elaine, ale to pewnie tylko pogorszyłoby sprawę. Co miałaby powiedzieć? „Cześć, do zerwania doszło przez wypaczenie pradawnej magii sabatu, ale daj nam miesiąc albo lepiej dwa, na pewno coś na to poradzimy”?
– Poszukam informacji. Może spytam Sebastiana, skoro to rytuał jego rodziny, to do licha, powinni wiedzieć, że coś jest nie tak. Tylko chyba nie dziś, bo… – Wyciągnęła rękę z kieszeni i zerknęła na własny zegarek: stary, którego nie była pierwszą właścicielką. - …za trzy godziny powinnam być w pracy, a jutro muszę sprawdzić, czy w moim domu dalej siedzą widma – skwitowała. W pracy spodziewała się armagedonu, co nie było nadzwyczajne po Beltane. Zwłaszcza, że mieli świeżą sprawę morderstwa, a i te wszystkie potwory nawiedzające Knieję.
Wsunęła dłonie do kieszeni kurtki bratka, być może z tego samego powodu, co auror szarpał sobie włosy – nie była pewna, co z nimi zrobić. Mogłaby przysiąc, że wciąż czuje jego dotyk i to nie tylko dlatego, że rękę miał cholernie zimną.
Już nie jest.
Przez ułamek sekundy Brenna nie mogła powstrzymać zdradzieckiej ulgi na tę informację, która jednak błyskawicznie zostało przytłumione przez wyrzuty sumienia. Bo tak, może i przynajmniej nie głupiała na punkcie kogoś zajętego, ale ciężko było nie uznać, że przeklęte Beltane stało się kamyczkiem, który wywołał tutaj lawinę: Atreus może nie był zajęty, ale stało się tak przez Beltaine. Chociaż nie, nie zakładała, że to jedyny powód, ale nie pomyślała wcale, że być może chodziło tylko o to, że Elaine i Atreus do siebie nie pasowali. Raczej... Cóż. W końcu nie była aż tak zaspana – bo zdecydowanie jego pojawienie się wymogło otrzeźwienie – żeby nie pomyśleć, że skoro jednak nie był z Elaine, to był z kimś innym. Czuła to w końcu, przynajmniej parę razy.
Ale może to nie zdarzyłoby się, gdyby nie pewien cholerny wianek.
Cofnęła się o krok po wilgotnej trawie.
- Przepraszam – skwitowała, całkiem szczerze, z pewnym zmęczeniem, nie wynikającym już z tego, że tak długo nie spała. Jakby nie było, to jednak ona była winna, że w ogóle wzięli ten udział. – To niczego nie zmieni, ale i tak przepraszam. Dałam ci ten wianek, bo chciałam, żebyś na moment mnie zostawił. Zobaczyłam moją kuzynkę u boku kogoś… kogo wolałabym tam nie widzieć i chciałam ją ostrzec. A potem jak wspomniałeś o tych nie działających palach, rozbawiła mnie myśl, żeby tam wejść. Nie powinnam była. Mogłam po prostu poprosić o moment.
Brenna zareagowała na obecność Rookwooda bardzo gwałtownie, bo wiedziała, że tej nocy nastąpi atak śmierciożerców i że któryś z Rookwoodów śmierciożercą jest na pewno. A oto chwilę wcześniej widziała siostrę u boku kogoś z Rookwoodów… Reakcja była przesadzona – bo po prawdzie gdyby Brenna miała obstawiać, kto u nich jest śmierciożercą, nie postawiłaby na Ulyssesa, który zdawał się po prostu… nazbyt uporządkowany, aby brać udział w torturach na mugolach – ale kiedy oczekujesz wpadnięcia na imprezę tłumu morderców, rzadko jesteś skłonny do dbania o wystawianie ocen indywidualnych. Najgorsze było jednak to, że w ostatecznym rozrachunku wcale nie żałowała: jeżeli przypadkiem powstrzymała Dani przed daniem mu wianka, to już wolała męczyć się sama niż by tych dwoje było związanych więzią. Nie z niechęci do Ulyssesa. Z prostego powodu. Gdyby to Ulysses pojawił się tak przed domem jak Atreus, ściągnięty magią, i wpadł na Charliego… mógłby go rozpoznać. I komuś wspomnieć, nawet jeżeli sam nie był śmierciożercą.
Tyle że bardzo nie chciała zepsuć komukolwiek związku.
Omal nie zaproponowała, że pogada z Elaine, ale to pewnie tylko pogorszyłoby sprawę. Co miałaby powiedzieć? „Cześć, do zerwania doszło przez wypaczenie pradawnej magii sabatu, ale daj nam miesiąc albo lepiej dwa, na pewno coś na to poradzimy”?
– Poszukam informacji. Może spytam Sebastiana, skoro to rytuał jego rodziny, to do licha, powinni wiedzieć, że coś jest nie tak. Tylko chyba nie dziś, bo… – Wyciągnęła rękę z kieszeni i zerknęła na własny zegarek: stary, którego nie była pierwszą właścicielką. - …za trzy godziny powinnam być w pracy, a jutro muszę sprawdzić, czy w moim domu dalej siedzą widma – skwitowała. W pracy spodziewała się armagedonu, co nie było nadzwyczajne po Beltane. Zwłaszcza, że mieli świeżą sprawę morderstwa, a i te wszystkie potwory nawiedzające Knieję.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.