07.09.2023, 11:27 ✶
– Jasne. I nie martw się, nie powiem, że chodzi o ciebie – zapewniła. O tak, miała zamiar wysłać dużo, dużo listów. Starając się, aby były ujęte w taki sposób, że nie wzbudzą specjalnego podejrzenia, bo raczej żadne z nich nie życzyło sobie plotek. On na temat siebie i jej, a ona czegokolwiek, co mogłoby – o zgrozo – dotrzeć do uszu jej matki. Albo brata. Sama nie była pewna, co byłoby bardziej problematyczne, zważywszy na to, że matki bała się mocniej, ale Erik już rzucał w jej stronę różne pogróżki.
Nie skomentowała słów o tym, żeby się nie spieszyła. Bo wcale nie chciała się spieszyć, a że Brenna miała w zwyczaju działać jak błyskawica, już sam fakt niechęci do tego pośpiechu oznaczał, że powinna brać się do roboty natychmiast. Może by to nawet zrobiła, ale była po prostu zbyt zmęczona. Tak czy inaczej, i tak musiało to wszystko zająć – w jej głowie zawirowały kolejne punkty do odhaczenia, jak dużo listów, Macmillanowie, Departament Tajemnic – ale chwilowo odstawiła je na bok, bo musiała przespać przynajmniej dwie godziny, inaczej nawet dożylne podanie kofeiny nie postawi ją w pracy w tryb pełnej gotowości.
– Zazwyczaj to coś pracowego albo absolutnie nieplanowanego – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie. Nie, nie było mowy, żeby wciągała Atreusa w coś niebezpiecznego. Żeby ona też się zamartwiała? I może nie mogła go dalej unikać – to byłoby teraz podwójnie dziecinne, skoro wiedziała już, że wcale nie opiła się przeterminowaną amortencją – ale to nie oznaczało, że szukanie jego towarzystwa byłoby fair. – Jak: wracam z pracy i w progu domu dostaję wyjca od Casa, że mam natychmiast przyjść do jego gabinetu, i gdy tam wpadam, wszędzie jest pełno krwi, a potem coś wybucha nam w twarze – wyjaśniła. Poza tym jeżeli postawiłoby się ją przed dziesięcioma drogami, na dziewięciu czekałyby pluszowe misie, a na dziesiątej morderca, jakimś cudem na pewno wybrałaby tę dziesiątą. – Ale mam wprawę w przeżywaniu – rzuciła. Nie do końca szczerze. Bo Brenna od dawna wierzyła, że nie dożyje starości: a od początku wojny była tego pewna. To przekonanie przylgnęło do niej tak mocno, że stanowiło część jej jestestwa, ale nie mówiła o nim nikomu, bo wiedziała, że mogłaby zmartwić tym zbyt wiele osób.
Stała jeszcze przez moment na trawniku, gdy odchodził. Choć zanim się teleportował…
– Hej, Bulstrode! – zawołała jeszcze za nim. – Naprawdę zdezynfekuj te kajdanki! – rzuciła z pewnym rozbawieniem, po czym skierowała się w stronę domu.
Spanie, praca, a potem listy.
Dużo, dużo listów.
I dopadnięcie skrzatki, którą to wszystko na pewno obudziło, ze stanowczym zakazem wspominania o tym komukolwiek.
Nie skomentowała słów o tym, żeby się nie spieszyła. Bo wcale nie chciała się spieszyć, a że Brenna miała w zwyczaju działać jak błyskawica, już sam fakt niechęci do tego pośpiechu oznaczał, że powinna brać się do roboty natychmiast. Może by to nawet zrobiła, ale była po prostu zbyt zmęczona. Tak czy inaczej, i tak musiało to wszystko zająć – w jej głowie zawirowały kolejne punkty do odhaczenia, jak dużo listów, Macmillanowie, Departament Tajemnic – ale chwilowo odstawiła je na bok, bo musiała przespać przynajmniej dwie godziny, inaczej nawet dożylne podanie kofeiny nie postawi ją w pracy w tryb pełnej gotowości.
– Zazwyczaj to coś pracowego albo absolutnie nieplanowanego – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie. Nie, nie było mowy, żeby wciągała Atreusa w coś niebezpiecznego. Żeby ona też się zamartwiała? I może nie mogła go dalej unikać – to byłoby teraz podwójnie dziecinne, skoro wiedziała już, że wcale nie opiła się przeterminowaną amortencją – ale to nie oznaczało, że szukanie jego towarzystwa byłoby fair. – Jak: wracam z pracy i w progu domu dostaję wyjca od Casa, że mam natychmiast przyjść do jego gabinetu, i gdy tam wpadam, wszędzie jest pełno krwi, a potem coś wybucha nam w twarze – wyjaśniła. Poza tym jeżeli postawiłoby się ją przed dziesięcioma drogami, na dziewięciu czekałyby pluszowe misie, a na dziesiątej morderca, jakimś cudem na pewno wybrałaby tę dziesiątą. – Ale mam wprawę w przeżywaniu – rzuciła. Nie do końca szczerze. Bo Brenna od dawna wierzyła, że nie dożyje starości: a od początku wojny była tego pewna. To przekonanie przylgnęło do niej tak mocno, że stanowiło część jej jestestwa, ale nie mówiła o nim nikomu, bo wiedziała, że mogłaby zmartwić tym zbyt wiele osób.
Stała jeszcze przez moment na trawniku, gdy odchodził. Choć zanim się teleportował…
– Hej, Bulstrode! – zawołała jeszcze za nim. – Naprawdę zdezynfekuj te kajdanki! – rzuciła z pewnym rozbawieniem, po czym skierowała się w stronę domu.
Spanie, praca, a potem listy.
Dużo, dużo listów.
I dopadnięcie skrzatki, którą to wszystko na pewno obudziło, ze stanowczym zakazem wspominania o tym komukolwiek.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.