Mówi się, że perfekcyjny taniec jest tak płynny i delikatny, że płomień świecy trzymanej przez parę nie wygaśnie przy żadnym ruchu. Potrzebny jest do tego idealny partner. Cierpliwy i wystarczająco zaabsorbowany tańcem, by chciał ten ogień utrzymać na dłużej. Ich taniec był subtelny, niepewny... Nie tak energiczny, jak tango czy swing, ale na pewno wystarczająco porywający, by ogień błyskał na świecy w jedną i drugą stronę, kiedy badali swoje ruchy, uczyli się ich i zastanawiali, gdzie najlepiej ułożyć stopę na parkiecie. Tak, ten taniec był powolny, ale niemniej ekscytujący i zdecydowanie niebanalny. Kayden pragnął go wpierw wyczuć, żeby móc później próbować odważniejsze kroki. Szczególnie że taniec z Laurentym był kompletnie inną odmianą, której nigdy nie próbował.
Przechylił głowę, słuchając, jak mag wyjawia sekret swojej sztuczki i wcale nie był zaskoczony, jakby w głębi siebie tak naprawdę spodziewał się takiego wyjaśnienia i po prostu sprawdzał, czy ma rzeczywiście rację. - Lubisz to, prawda? - Zapytał z łagodnym uśmiechem. - Rozkładać ludzi na czynniki pierwsze, analizować je, jakbyś przeglądał literaturę... Przyznaję, to całkiem ciekawy sposób. - Kayden chyba nigdy nie był aż tak zainteresowany kimś, by czytać jego najmniejsze szczegóły jak drobny druk. Prawda, że starał się trafiać słowem tam, gdzie chciał, żeby trafiło, ale na pewno nie tak skrupulatnie, jak Laurent. Te tęczowe łuski kameleona były naprawdę niesamowite. Kay zastanawiał się, czy Laurent potrafił wykorzystać ten atut nie tylko w stosunku do ludzi. Taka zdolność dedukcji w końcu nie była wcale często występującą cechą.
- Nie powiedziałem, że jesteś poetą... ale mówisz jak poeta. Cudnymi metaforami, które napędzają wyobraźnię. - Namiętność, ubieranie nieszczęścia w piękne słowa, a słodycz w subtelną biżuterię. Nie tylko słowa kryły w sobie poezję, a człowiek wrażliwy potrafił zatrzymać się na moment, by ją dostrzec. Nie był pewien, czy on sam zaliczał się do takich osób. Był zdecydowanie zbyt skupiony na przeplataniu pracy z przyjemnościami, by spojrzeć na coś łagodniejszym okiem. Jednak przy tym mężczyźnie czuł się jak oderwana kartka papieru, która mogła powoli zapełnić się ładną kursywą. Bez pośpiechu i z dokładnością, jakby też zapragnął nagle chwycić za łuk i zacząć strzelać w lukrecjową tarczę. Znów mu oczy zalśniły, ale rozbawieniem. - Mam więc nadzieję, że to będzie ładny obraz. Muszę wyznać, że całe moje zaufanie pokładam w dość intrygującym artyście. Nie jestem pewien, w jakim stylu lubi malować. - Bawiły go te metaforyczne przeplatanki słowne i na pewno absorbowały go bardziej, niż byłby w stanie to przyznać. Istniały takie osoby, które potrafiły wyciągnąć z ludzi na wierzch to, co ukryte. Laurent był chyba jedną z tych osób.
- Może... Nie jestem pewien. - Wyznał, bo wcale nie było to oczywiste, czego potrzebował w tym momencie blondyn. Bezpieczeństwa, to na pewno. Wsparcia. Niekoniecznie rozmowy o tym, co się stało... ale może po prostu rozmowy. Żeby znów stanąć na stabilnym gruncie. Brunet nie miał doświadczenia w takich sprawach, ni mniej jednak nie potrafił być obojętny. Nie chciał. Wydawało mu się, że Laurent po prostu... nie chciał być sam. Wcale mu się nie dziwił. - Jeśli pomoże ci mój przezabawny francuski akcent, to nie ma problemu. Mogę rozmawiać cały rejs. - Powiedział z lekkim uśmiechem i chociaż wesołości było w nim mało, a więcej otuchy i zrozumienia, nie chciał być zupełnie poważny. Nie chciał sprowadzać go na ziemię szarpnięciem. Nie to chciał osiągnąć. Nie, kiedy widział w nim tę dobroć i niewinność, jakby błękit jego oczu był najczystszą wodą, w której mógł się wprost przejrzeć.
Zaśmiał się cicho, przyglądając się muszelce, zanim spróbował czekolady. - Nie wydaje mi się, żeby to było placebo. W końcu czekolada jest podawana tym, których zaatakują dementorzy. Zapewne ma w sobie jakieś składniki, które poprawiają nastrój i faktycznie uspokajają. - Nie znał się na tym, nie potrafił dokładnie wyrecytować składu czekolady, ale był pewny, że jakieś substancje pobudzały odpowiednie receptory w mózgu, w ciele i gdzie tam jeszcze mogły zadziałać jakieś cuda.
Kayden zwolnił kroku, wędrując oczami wzdłuż ulicy i przeglądając witryny sklepów, szyldy i kolorowe, płócienne zadaszenia, aż jedno miejsce nie przykuło jego uwagi. Francuskie restauracje miały to do siebie, że każda wyglądała jak wyjęta z bajki, przeszyta roślinami, kwiatami i dekoracjami. Nie dało się ich opisać inaczej, niż po prostu olśniewająco piękne, choć Kay zawsze uważał je za nieco przesadnie zjawiskowe. Mugolskie na pewno były nieco bardziej stonowane, aczkolwiek wciąż można było dostać oczopląsu. Wydawało mu się, że wypatrzył jednak dosyć łagodne miejsce, z bluszczem porastającym ściany i wnętrzem bogatym w ciemne drewno i proste, choć eleganckie meble. - Zjemy tu? - Zapytał blondyna o opinię, zerkając na tablicę z menu i dostrzegając kilka ciekawych pozycji. - Ja stawiam. - Dodał, bo choć dla niego to było oczywiste, niekoniecznie w tym wypadku mogło takie być.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)