Gerry przyglądała się jak chłopiec zaczyna być wypełniany magiczną mocną, jakby był tylko naczyniem, do którego została ona przelana. Nie panował nad tym zupełnie, widać było, że dzieje się coś złego. Czy powinna zareagować? Mogło się to skończyć źle, wiedziała, że jeśli to eskaluje to nie będzie, co zbierać z całego statku. Pozostaną tylko kawałki drewna dryfujące po wodzie, o ile w ogóle. Móglby to równie dobrze roznieść w pył.
Jakimś cudem chłopiec się uspokoił. Jak do tego doszło? Nie miała pojęcia. Miały z Victorią sporo szczęścia, że to wszystko nie skończyło się inaczej. Spoglądała nieswojo na swoją towarzyszkę, jaką różdżkę? Co się właściwie działo i wtedy do niej dotarło. Obudziła się - chociaż jeszcze nie tak do końca, ale była świadoma, że śni. Nim jednak to się stało to Elijah przemienił się w wodę morską i zniknął, tak po prostu.
Przypomniała sobie o tym, kim jest naprawdę. Nie była żadną praczką, tylko Geraldine Yaxley, czarownicą i myśliwą. Dotarło do niej, że coś dziwnego musiało dziać się na tym statku. Może był przeklęty? Dlaczego ten sen był taki realistyczny? Dlaczego dosłownie weszła we wspomnienia tej kobiety, była nią, z blizną na twarzy. Czuła jej ból, wiedziała, co przeżywała. Nie miała pojęcia.
Poczuła dreszcz, po raz kolejny przeszedł jej ciało. Wiedziała już jednak, że nie dotyczy obscurusa. Zastanawiała się, czy on faktycznie był prawdziwy, czy też był snem? Nie znała odpowiedzi na to pytanie. - Victoria, musimy się obudzić, naprawdę musimy. - Powiedziała jeszcze do swojej towarzyszki, przecież inaczej, to coś je zeżre w całości. - Na tym statku coś jest, czuję to, jakiś potwór, jeszcze chwila i będzie w pełni sił. - Źle to się dla nich skończy. Yaxley rozejrzała się po wnętrzu pomieszczenia, chciała znaleźć coś ostrego, żeby wbić to sobie w rękę, chyba tak było najłatwiej wrócić do świadomości?