Ach, właśnie... Surowość. Laurent bardzo chciał, żeby ta surowość nie musiała się objawiać. Chciał stać prosto, sztywno, w ramach. Chciał wychodzić naprzeciw oczekiwań, zanim się pojawią - był na to wrażliwy? Nie, był wręcz przewrażliwiony. Zrobić dwa razy więcej, żeby czasem nie padły słowa "a czemu tego nie zrobiłeś..?" i ten palec, który wskaże na całych dziesiątkach metrów kwadratowych jedno malutkie, pominięte miejsce. Mogłoby wszystko zostać wypucowane na błysk, ale nie będzie zgadzać się jedna rzecz i... I co? Nie chciał myśleć, że Edward należał do tych ludzi, ale Aydaya już tak. A przynajmniej wobec niego. W zasadzie chyba tylko wobec niego. Nie zmieniało to faktu, że chciał chodzić jak zegarek sprowadzony ze Szwajcarii, choć to nie stamtąd pochodził. Został wprowadzony między wrony nie spodziewając się, że znajdzie się wśród nich w pewnym momencie swojego życia. Więc... chciał krakać. Najpiękniej z nich wszystkich. Skakać najwyżej. Latać tak, by czarne lotki przysłaniały słońca. Zwinął na moment swoje wargi, trochę się uśmiechnął, bo co miał powiedzieć? To nie tak, że przecież chciał stawać okoniem, że urządzał jakieś głodówki w ramach protestu od... w sumie nawet nie wiedział, od czego. Nie, to nie był żaden protest. To był przeciągający się już przez jakiś czas brak apetytu. Ale przy ojcu gotów był pałaszować równo chyba bardziej niż przed Florence, to prawda. Bo przed Florence nie czuł, że musi wypadać idealnie.
Lubił uśmiech Edwarda. Lubił jego śmiech, jego spojrzenie inteligentnych oczu. To, jak potrafił wyglądać, jakby nic go nie ruszało i jakby niczym się przejmował. Ale tak nie było. Zawsze zastanawiałeś się, czy ten pozór jest udawany, czy to poza, żeby ktoś z was tutaj poczuł się lepiej? Ty? Żeby poczuć, że ma się ojca, który nie jest wcale półbogiem złotego tronu Prewett, a człowiekiem. On? Żeby poczuć, że jest wzorowym tatusiem. Nawet pomimo tego, że doprowadził twoją matkę do śmierci z tęsknoty za nim i za morzem. A może jednak to była szczera prawda? Negatyw odbijał jasne i ciemne strony, potrafił je ze sobą mieszać, zamieniać. Nic w nim nie było już jasne i oczywiste. Jakakolwiek ta prawda by nie była to lubiłeś uśmiech Edwarda Prewetta. Jego gesty, jego dźwięczny, głęboki śmiech. Ach, może tak naprawdę najważniejsze pytanie z tego wszystkiego brzmiało: czy jego to naprawdę bawiło? Zawsze uważałeś, że nie jesteś mistrzem żarcików. Bo nie, nie sądziłeś, że to rzeczywiście był taki "żaden problem". Ale nie kontynuowałeś. Skinąłeś tylko głową.
- W... we śnie. Nie wiadomo, jak to robi... - Bardzo, BARDZO nie chciał, żeby Edward zaczął robić sceny, afery, wypisywać zaraz do Ministerstwa, organizować ochroniarzy, którzy będą za nim chodzili krok w krok... a był do tego zdolny. W to nie wątpił. - Badają to. Ochrona nic by tu nie dała. Ojcze, on wchodzi przez sen, we śnie zadaje rany, to wszystko potem... Żadna fizyczna ochrona ani zaklęcia tutaj nie pomagają. - Nie chciał tego tłumaczyć w zasadzie tu i teraz za dokładnie. Czuł się jednak zobowiązany, żeby go poinformować. To był jego główny powód wizyty, no i mógł się dowiedzieć gdzieś od słowa do słowa. Wtedy już mógłby być zły. - Dlatego wyjechałem do Francji. I dlatego potrzebowałem przyjechać tutaj na kilka dni. Żeby nie zostawać w domu. - Wyjaśnił też swoją wspaniałą wycieczkę, która była ucieczką. Ale koniec końców naprawdę mu pomogła. I była piękną podróżą. - Proszę, nie rób z tego afery. Nie chcę, żeby to się rozeszło. Śledztwo się toczy i jestem w stałym kontakcie z aurorami. - Trochę to było przekoloryzowane, ale chciał uspokoić Edwarda i mieć pewność, że nie zacznie się zaraz coś dziwnego. Pewnie i tak zacznie, tylko poza wzrokiem Laurenta. Ale ważne, żeby się nie działo w samym Ministerstwie.