09.09.2023, 12:13 ✶
Florence nijak nie skomentowała ustawienia świec przez Sauriela. Poprawiła wprawdzie jedną z nich ruchem różdżki, ale nie dlatego nawet, że takie ustawienie było nieodpowiednie - ot ta była odrobinę nierówno w stosunku do innych, a Florence nie lubiła takich odstępstw od normy. Nie powiedziała też niczego, gdy usiedli w środku, bo nie sądziła, aby ich pozycja miała jakiekolwiek znaczenie. Może gdyby był tu jakiś inny klątwołamacz, stosowałby inną procedurę... Bulstrode zdecydowała się wybrać jednak tę, z którą była najlepiej zaznajomiona, modyfikując ją lekko. W podobny sposób łamała kiedyś klątwę miłosną i liczyła, że podziała i tutaj.
Inaczej byłaby równie rozczarowana, co oni. Nie tylko dlatego, że potrzebowała także złamać moc podobnego rytuału na samej sobie. Nie znosiła porażek. Mogła wybaczyć je innym, ale nie samym sobie.
– W takim razie zaczynamy – poinformowała tylko, po czym machnęła różdżką, wyczarowując maseczkę i nasuwając ją sobie na twarz. – Państwo mają wdychać zapach dymu – dodała jeszcze dla porządku, żeby przypadkiem nie pomyśleli, że chce ich potruć. (Chociaż akurat to Sauriel przyniósł świece i jeżeli był pewien dostawcy, raczej nie musiał spodziewać się jakichś podstępów.) Sama Florence nie mogła tutaj ulec rozproszeniu pod wpływem dymu i zapachu świec rytualnych, skoro jej rolą było przełamanie zaklęcia.
Klątwy Voldemorta? Błogosławieństwa bogini, niechętnie przyjętego przez tak wielu śmiertelnych (i tych nieco mniej śmiertelnych?).
Ustawiła się za plecami Sauriela, a potem zaklęciem odpaliła pierwszą świeczkę. Wyszeptała inkantację i przesunęła się dalej, ruchem przeciwnym w stosunku do wskazówek zegara. Teraz nie tkali nowej magii, a chcieli odwrócić jej skutki, przywrócić wszystko do stanu, w jakim było to dawniej. Poruszała się powoli, odpalając po kolei świece, przy każdej szepcąc cicho słowa zaklęcia. Jakąś minutę później pomieszczenie zaczął wypełniać zapach dymu. Siedząc w kręgu pośród niego zdawało się, że wszystko co jest za granicą świec znika, zamazuje się – i Sauriel widział wyraźnie tylko Victorię, a Victoria tylko Sauriela. Byli trochę odurzeni, ale właśnie: trochę. Nie na tyle, że nie daliby rady wstać i wyjść, gdyby tak postanowili, ale na tyle, by myśli plątały się nieco. Sylwetka Florence traciła kontury i barwy, kiedy klątwołamaczka poruszała się na zewnątrz kręgu. Coś szeptała, chyba jakieś inkantacje, ale robiła to cicho… a może tylko i głosy stawały się mniej wyraźne, pod wpływem dymu kadzideł? Dymów, które w pewnym momencie zaczęły się jakby poruszać, nie unosić już w górę, nie umykać na boki, a owijać wokół Sauriela i Victorii, tańczyć wokół niech.
Przez moment Lestrange mogłaby przysiąc, że widziała Sauriela, wchodzącego na pal.
Przez chwilę Sauriel widział wianek w jej dłoniach.
Ale to mogło być tylko złudzenie.
Świece wygasły. Dym znów stał się tylko dymem.
Inaczej byłaby równie rozczarowana, co oni. Nie tylko dlatego, że potrzebowała także złamać moc podobnego rytuału na samej sobie. Nie znosiła porażek. Mogła wybaczyć je innym, ale nie samym sobie.
– W takim razie zaczynamy – poinformowała tylko, po czym machnęła różdżką, wyczarowując maseczkę i nasuwając ją sobie na twarz. – Państwo mają wdychać zapach dymu – dodała jeszcze dla porządku, żeby przypadkiem nie pomyśleli, że chce ich potruć. (Chociaż akurat to Sauriel przyniósł świece i jeżeli był pewien dostawcy, raczej nie musiał spodziewać się jakichś podstępów.) Sama Florence nie mogła tutaj ulec rozproszeniu pod wpływem dymu i zapachu świec rytualnych, skoro jej rolą było przełamanie zaklęcia.
Klątwy Voldemorta? Błogosławieństwa bogini, niechętnie przyjętego przez tak wielu śmiertelnych (i tych nieco mniej śmiertelnych?).
Ustawiła się za plecami Sauriela, a potem zaklęciem odpaliła pierwszą świeczkę. Wyszeptała inkantację i przesunęła się dalej, ruchem przeciwnym w stosunku do wskazówek zegara. Teraz nie tkali nowej magii, a chcieli odwrócić jej skutki, przywrócić wszystko do stanu, w jakim było to dawniej. Poruszała się powoli, odpalając po kolei świece, przy każdej szepcąc cicho słowa zaklęcia. Jakąś minutę później pomieszczenie zaczął wypełniać zapach dymu. Siedząc w kręgu pośród niego zdawało się, że wszystko co jest za granicą świec znika, zamazuje się – i Sauriel widział wyraźnie tylko Victorię, a Victoria tylko Sauriela. Byli trochę odurzeni, ale właśnie: trochę. Nie na tyle, że nie daliby rady wstać i wyjść, gdyby tak postanowili, ale na tyle, by myśli plątały się nieco. Sylwetka Florence traciła kontury i barwy, kiedy klątwołamaczka poruszała się na zewnątrz kręgu. Coś szeptała, chyba jakieś inkantacje, ale robiła to cicho… a może tylko i głosy stawały się mniej wyraźne, pod wpływem dymu kadzideł? Dymów, które w pewnym momencie zaczęły się jakby poruszać, nie unosić już w górę, nie umykać na boki, a owijać wokół Sauriela i Victorii, tańczyć wokół niech.
Przez moment Lestrange mogłaby przysiąc, że widziała Sauriela, wchodzącego na pal.
Przez chwilę Sauriel widział wianek w jej dłoniach.
Ale to mogło być tylko złudzenie.
Świece wygasły. Dym znów stał się tylko dymem.