Tak to właśnie brzmiało - jak pół żart, pół szczerość. Laurent uważał, że brak wiary w przepowiednie jest wielkim zamknięciem swojego umysł na to, co świat chciał ci pokazać. Albo raczej co chciała ci pokazać osoba, która potrafiła te sploty odczytywać. Problem przepowiedni polegał na tym, że zazwyczaj cokolwiek będziesz próbował zrobić - Los to uwzględni w swoich planach. Również to, że o przepowiedni się dowiesz. Przynajmniej tak to rozumiał sam Laurent, który prymusem z tej dziedziny nigdy nie był. I nie będzie. Miał w końcu bardzo dużo zajęć, które go pochłaniały i ciągle dużo wiedzy, którą musiał wbić sobie do głowy. Co za to mu się naprawdę podobało to ten błysk jej oczu, to, jak bawiła się słowem i zdaniem, żeby wydać przestrogę w ten najmniej oczywisty sposób. Czasami rzeczywiście lepiej było uważać, o co się prosi. Nawet jeśli przeznaczenie nie posłucha, to może posłuchać ktoś inny. I spełnić to życzenie w sposób, który już niekoniecznie będzie cieszył. Ginny kwitła w momentach, kiedy miała możliwość się z kimś podroczyć, kokietowała w ten najbardziej subtelny sposób, który był zaprezentowany w najlepszym możliwym smaku. Czy ktoś mógłby jej się oprzeć? Naprawdę? Laurent już teraz odetchnął, ale to nie było westchnięcie zmęczone czy zrezygnowane. Raczej to zauroczone, gdy zamknął na moment oczy z uśmiechem na ustach.
- Kto wie? Może ktoś posłucha, żeby mocniej zaszeleścić tego dnia koronami drzew? - Otworzył powieki i spojrzał na nią z lekko przechyloną głową. To, czy słuchali inni to jedno - bo przy "innych" by się blondyn nie poważył na takie słowa. To, czy słuchali siebie - drugie. Trzecim... nie, trzeciego nie było. Los był przecież zawsze bardzo przewrotnym i nieobliczalnym tworem. - Uplotłaś z nich koronę i wplotłaś między kasztanowe pukle swych włosów? - Śmiech pobrzmiał w jego głosie, kiedy z równie lśniącymi oczami się w nią wpatrywał. Była bardzo pozytywną osobą. Pełną takiego ciepła, a jej pewność siebie zaliczała się do tych właśnie naturalnych, niewymuszonych. To nie była osoba, która była pełna pychy, która zadzierała wysoko podbródek i patrzyłaby na innych z góry. Choć nawet i do pełnych pychy osób potrafił mieć słabość. To chyba przez swojego ojca, którego ego wypełniało cały zamek Prewettów. Chętnie pochylił się nad bukietem (niedosłownie), kiedy zapytała go o kwiaty. - Chciałem ci przynieść trochę kwiatów, które są dla nas, w Anglii, popularne... Róża jest symbolem Anglii. - Przesunął palcami po białej róży z zabarwionymi krańcami delikatnym różem. - To nagietek lekarski i czarnuszka damasceńska. A te drobne kwiaty to Nachyłek barwierski. - Opisał je wszystkie po kolei, muskając je prawie tak, jak można muskać skórę kochanki, przykładając do niej dłoń. Bukiet był niewielki - jego centrum i najwyższy kwiat stanowiła róża, wokół niej układały się nagietki, niżej nachyłki i na dole biała czarnuszka. Róża była mocno wyróżniona w centrum przez intensywnie złoto-pomarańczowe nagietki. - Choć, jeślibyś mnie zapytała, ich symboliki nie znam. Wiem jedynie, że biała róża oznacza czystość intencji i emocji. Z takimi też do ciebie przychodzę. - I mógłby powiedzieć, w czym się je ewentualnie używa w ziołolecznictwie czy niektórych naparach. To tyle. Ale już przyrządzić takich medykamentów by nie potrafił. - Zerwałem je z ogrodu. - Więc nie, nie były kupione, co nie było oczywiste. - Wybierając pomiędzy tymi dwoma: jest ciekawie. - Zaśmiał się, wędrując za nią w kierunku jej wielkiego prania.
- Myślałem, że znajdę rumaka, by sprezentować go ojcu na któreś urodziny. I może rzeczywiście to wcale nie tego szukam. Zjeździłem już tyle targów... - Nie żalił się, brzmiał raczej na rozbawionego własnym niezdecydowaniem. Bo nie był zniechęcony, to nie tak, że go to męczyło. Lubił oglądać konie. Nie tylko arabskie. - Z przyjemnością je zobaczę. - Jeśli tylko chciała je pokazać to Laurent nigdy nie odmawiał zobaczenia rumaków. Jak to bywało, kiedy branża czyniła z ciebie spaczeńca - był krytyczny. Nie znaczyło to, że każde zwierzę krytykował, albo ich hodowców. Natomiast spoglądał na nie okiem hodowcy - po prostu. Oczywiście spoglądał uważnie, co robi, a rzeczywiście nie wyglądało to w żadnej mierze na skomplikowane. Tak i pochylił się, złapał poszewkę na poduszkę i powoli zawiesił ją na sznurku, łapiąc klipsem, żeby czasem nie odleciała. Nie, Laurent nie był jednym z tych, co uważali, że praca go pohańbi. Dla niego to było nowe doświadczenie. I fakt, nie zamierzał go raczej powtarzać, bo po co? Ale na pewno nowe. - Rzeczywiście - studia nad teorią wieszania prania nie są wymagane. - Nawet nie zamierzał protestować nad tym zakazem! Lubił to w Guineverze - jej prostotę, w pewnym sensie. Jej realność. To, że przy jakże poważnym stanowisku była człowiekiem otwartym do ludzi. I żyjących swoją drogą. Choć oczywistym było, że wiele było jeszcze jej do poznania.