Powiódł od razu spojrzeniem za jej gestem, kiedy wskazała las, jakby rzeczywiście się spodziewał, że zaraz zobaczy gromadę sów. Laurent kochał każde stworzenie. Potrafił w nocy wstawać, jak pszczoła wleciała mu do domu, żeby powieść ją zaklęciem do otworzonego okna. Określenie przy nim "muchy by nie skrzywdził" nabierało dosłownego wydźwięku. Przerażający dementorzy, bo przecież niby nie było kreatur gorszych od nich, wzbudzali w nim, uwaga, współczucie. Owszem, były tworami pozbawionymi odczuć, owszem, to były koszmarne twory czarnej magii. I tak, zdawał sobie sprawę z tego, że to odczucie było irracjonalne. A jednak nie potrafił myśleć, że to zapewne były kiedyś istoty całkiem normalne. Może ludzie? Duchy? Coś - raczej KTOŚ - skrzywdził ich na tyle, by stworzyć straszne monstra. Na szczęście dla nich - tutaj były tylko sowy. Których aktualnie widać nie było, ale to nic. Sów się w swoim życiu naoglądał. W czarodziejskim świecie było ich aż nadto. Tak i zaraz odszukał spojrzeniem jej jasne oczy, które w tym blasku angielskiego słońca i psotliwością wpadały niemal w piwny odcień. Odpowiedział jej uśmiechem na tego bajeranta - łagodnym, ale nie było w nim wstydliwości. Bo nie było czego się wstydzić. Laurent sam nie bardzo wiedział, jak to się działo, że potrafił tak gładko mówić to, co druga strona chciałaby usłyszeć. Znał swój własny proces do tego prowadzący, który składał się z obserwacji, dużej ilości strzałów (takiej, by nazbierać przynajmniej pięć... albo sześć punktów), drobiny szczęścia i dużej ilości analizy drugiego człowieka. Choć jak każdy człowiek miał pewne swoje maniery i pewne ulubione motywy obrazów, jakie malował swoim słowem. Sęk w tym, że każdy był unikalny. Niepowtarzalny. Układanie sobie zawczasu gotowców brzmiało jak... coś taniego. Coś, co możesz rzucić do dziwki, żeby było milej, która i tak cię nie szanuje - jesteś tylko jej klientem. Ale do takiej Guinevery? Nie.
- Podoba mi się ta wymiana korony na pranie. Faktycznie - przynajmniej przyjemnie pachnie. - I dawała to przyjemne odczucie, że jesteś w domu. Zadziwiająco nawet przyjemne, w całej trywialności tego zajęcia, jakim było wieszanie tych poszewek, żeby można było je przechowywać nawet przez jesień i zimę do następnego lata. - Bardzo się cieszę. Ponieważ również jest moją ulubioną. - Laurent uwielbiał róże, ale ich przewijanie się wszędzie i w każdej kwiaciarni sprawiała, że kiedy sam obdarowywał kogoś bukietem starał się, by przyciągnął on trochę więcej uwagi. Żeby intencja tego bukietu przewyższała jego znaczenie ponad symbolikę, która w układaniu kwiatów była przecież ważna. Owszem, była - ale on jej nie znał. Może pojedynczych kwiatów, jak właśnie róże. Tak jak teraz chciał pokazać kobiecie po prostu kawałek Anglii w tych paru kwiatach. - Żaden ze mnie specjalista, ale widzę, że wykonałem swoją pracę rzetelnie. - Nawiązując do tego, że wyglądała, jakby naprawdę jej się bardzo podobał. Odczytywanie Guinevere było pozornie proste, ale przez jej psotliwą naturę łatwo było się pogubić w wysyłanych przez nią sygnałach. Dlatego lepiej było troszkę uważać, gdzie się chodziło, jeśli zagłębienie się na jej plac zabaw nie było czymś, czego poszukiwałeś. Laurent był na to jednak w pełni przygotowany i sam przyniósł kilka klocków, żeby się do zabawy dorzucić. Nie przeszkadzało mu pozwolenie na wciągnięcie się w tego niemalże młodzieńczego ducha - aż łatwo było zapomnieć, że kobieta jest od niego starsza. Cóż... Laurent miał słabość do starszych kobiet.
I chciał odpowiedzieć, chciał pociągnąć słodką sugestię rumieńców, albo i nawet przyznać, że to w pewien sposób przyjemne - nie chodzi o samą czynność, a właśnie o prozę codzienności, którą można było napisać z kimś, kogo nie widziałeś od miesięcy. I to spotkanie wydawało się tak samo naturalne jak powiew wiatru wśród liści drzewa zamieszkiwanego przez sowy. Chciał - nie zrobił tego. Obejrzał się z zaskoczeniem na obcy głos... i potem odsunął odruchowo, wpadł na koszyk, ale złapał równowagę, z przestrachem zresztą się pochylił, żeby się upewnić, że nie nie wypadło..! A Ginny już zanurkowała w prześcieradło za..! Za kim? Za czym?
- Och, rany... - Wydobył z siebie zanim dobrze nawet pomyślał, co w ogóle mówi. Kompletnie nie wiedział, co się dzieje.
- Niech ja go tylko dorwę, niewdzięczne zwierzę! - Krzyczała Pani McGonagall, wybierając samej z domu, ale do słupków ze sznurkami od prania to jej było jeszcze daleko. Zwierzę? Oczy Laurenta przez moment były prawie jak ping-pong - od babki aż do Victorii i z powrotem.
- Jakie zwierzę? - No właśnie - jakie zwierzę? Bo może agresywne? Laurent zrobił kolejnych parę kroków, żeby się cofnąć, nie wiedząc za bardzo, o co chodzi.