Brak nachalności był nie tylko mile widziany, ale wręcz pożądany. Laurent wcale nie przyszedł tutaj z intencją poderwania kobiety, żeby skończyć z nią ten dzień w łóżku. Przyszedł ciekaw, jak sobie radzi, co u niej słychać, czy się zaaklimatyzowała? Czy przydałby się jej pomoc w przedstawieniu paru osobom? Wątpił w to ostatnie - zdążył sobie wyrobić o niej zdanie osoby, która ma łatwość w nawiązywaniu znajomości. Taka, która podejdzie do ciebie przy stole i zapyta, czy nie widział ostatnio wiewiórki, która ukradła jej kasztana. Choć bardziej by tu pasował żołądź. Była taka lekka w całej swojej osobie, taka... jak to w ogóle określić? Przychodziła wraz z pierwszym promieniem poranka i potem już zostawała. Wkradła się do życia naturalnie i tak naturalnie jak dzień potrafiła z niego wyjść. Jeśli i druga osoba była wobec niej fair i nie musiała za nią gonić - z różnych powodów. Laurent bardzo dużo zakładał, dużo sobie dopowiadał i chciał to sprawdzić, przekonać się. Nie była to paląca ciekawość, ta, która zmusza do pogrążania się w niej i oddawania swojej uwagi, swoich gestów, swoich myśli. Płynęła tak łagodnie jak leniwy strumyk, który nie pędził jak szalony do morza. Szemrał miarowo. Nie zmieniał swojego pędu, nie zwalniał. Miarowo i spokojnie zmieniał swój świat i swoje koryto. Miał cały czas tego świata.
Czasu jednak nie dała im ta tajemnicza istota, która wypadła z domu zaraz przed równie tajemniczą babcią.
Nieuchacz? Odruchowo chciało się zapytać, ale pytanie padło tylko w jego głowie. Nie ruszył się - został, chociaż nie spodziewał się końcówki, że "TAM JEST NIUCHACZ". Obrócił się, ale tylko tułowie, nie robiąc żadnego kroku, bo to TAM to znaczy: gdzie? Jak to gdzie - w kieszeni. A gdzie mógł być niuchacz! Zamiast jednak nerwów, przekleństw i innych temu typu podobnych Laurent się tylko delikatnie uśmiechnął. Nie miał pojęcia, co ten mały bandyta wyciągnął z jego kieszeni, ale czy to była jego wina, że miał taką naturę? Do wszystkich stworzeń trzeba było mieć odpowiednie podejście, a do niuchaczy dodatkowo całe morze cierpliwości. Zwierzę więc wyrwało, co jego i dało nura dalej.
Blondyn okręcił się tak, żeby teraz stać przodem do miejsca, gdzie pod pranie zanurkowało stworzenie, a na które teraz skoczyła kobieta... która zamieniła się w kota. Nie była to sztuka nieznana Laurentowi, ale nie miało to znaczenia. Piękno tego czaru było olśniewające. Za każdym razem tak samo fascynujące. Niuchacz wyrwał spod prania, żeby czasem kotka w niego nie wpadła i skoczył na pranie, zostawiając na nim odciski swoich drobnych łapek. Czego się chyba jednak nie spodziewał to tego, że wspinanie się po nim było co najmniej problematyczne... i prześcieradło spadło w dół, zagrzebując pod sobą niuchacza, który teraz jak obcy w brzuchu biegał pod samym prześcieradełkiem. Laurent przyłożył dłonie do ust, starając się powstrzymać śmiech, kiedy spoglądał na tę scenę. I może to nie było śmieszne, że stworzenie dokładało pracy, łapanie niuchacza zawsze potrafiło być wyczerpujące, kiedy ten akurat poczuł zew złota. Jak te smoki z mugolskich bajek. Laurent zrobił dwa kroki w tył i pościągał pierścionki ze swoich palców, żeby kucnąć z wyciągniętą z nimi dłonią, by położyć je przed sobą na ziemi. Niuchacza zatrzymał się pod prześcieradłem jak rażony prądem... i zaraz jego kierunek wojaczki stał się oczywisty. ZŁOTO. Wszystko, co się świeci! A to dało popisowy moment Guineverze do złapania go... choć Laurent nie wątpił, że ten jeszcze mógłby ich przechytrzyć.