08.11.2022, 01:46 ✶
Chłodna stal spojrzenia błądziła po jej sylwetce, po licu przypominającym ukryte pod gmachami muzeów posągi greckich muz; zastygłych pomiędzy dwoma uderzeniami serca, zawieszone w czasoprzestrzeni niczym krople deszczu na moment przed rozbiciem się o ziemię, z pustymi oczyma zwróconymi ku wieczności. Ty też mogłabyś być tak piękna — pomyślał, gdy zaprowadziła jego dłoń na swą szyję. Przyśpieszone tętno wyczuwalne pod palcami zamieniło iskrę gniewu w pożogę pożądania — gdybyś tylko była martwa.
Przez chwilę walczył z pragnieniem uśmiercenia jej tak samo, jak swej pierwszej ofiary; słodkiego puchatego króliczka należącego do Geraldine. Zamiast tego postanowił zmienić taktykę; ujął podbródek Loretty i przesunął kciukiem po jej pełnych ustach. Zatrzymał się na moment i odchylił dolną wargę kobiety, jakby planował wsunąć palec do środka, jednak w ostatniej chwili zmienił zdanie i odsunął się od panny Lestrange. Kosztowało go to zaangażowania wszystkich drzemiących w nim pokładów samokontroli, lecz nie zamierzał dawać jej satysfakcji. Mogła wygrać tę potyczkę, ale to on tego wieczora będzie triumfował.
Jego imię oznaczało lwa, a lwy z kolei były stworzone do zwycięstwa.
— No już, już... Nie dąsaj się... — odparł już nieco łagodniej, w ten sam sposób, w jaki uspokaja się owieczkę prowadzoną w Beltane na ofiarny ołtarz — Przecież wiesz, że robię to dla twojego dobra. Może gdybyś czasem spojrzała na świat bardziej pragmatycznie, dostrzegłabyś czyhające zagrożenia, najdroższa.
Zszedł więc z Lorettą na dół, spóźniony nieco bardziej niż wypada bratu gospodarzy, jednak niedostatecznie długo, by solenizanci uznać mogli to za celowy afront. Nie lubił grać w otwarte karty; nie dlatego, że był tchórzem, lecz dzięki możliwości niepozostawiania wyraźnych śladów na swą uszczypliwość. Wszakże drobne faux pas nie było powodem do ciskania w niego iskrami wrogich spojrzeń, a oponenci dający się ponieść emocjom z tak błahych powodów stawali się przegranymi w prowadzonej przez niego grze.
Omiótł wzrokiem wszystkich zebranych gości; dreszcz obrzydzenia pokropił jego kark, gdy jego spojrzenie natrafiło dla Theseusa (obrzydliwe hańbić naszą rodową posiadłość obecnością tego mieszańca, pomyślał wówczas), zawiesił zimne spojrzenie na Loganie, przyciągając przy okazji do siebie Lorettę i choć nie odezwał się przy tym ani słowem, całe jego ciało krzyczało "MOJA". Zauważył też brata, któremu jako jedynemu posłał uśmiech. Na końcu zwrócił uwagę na kobiety; na śliczną uzdrowicielkę z Munga (nie był pewien, czy kojarzył jej twarz ze szkolnych murów, czy to ona, na Séraphine, której trunki umilały mu niejeden wieczór oraz panią Lestrange, od której wynajmował mieszkanie.
— Zachowuj się — wyszeptał do ucha Loretty, zwalniając uścisk oplatającego ją ramienia, aż w końcu całkowicie wyswobodził ją ze swego objęcia. Wreszcie, gdy towarzystwo już nieco odstąpiło solenizantki, podszedł do Geraldine oraz Eden.
— Geraldine — zwrócił się do siostry z uśmiechem godnym cheruba, choć nie wolnym od pewnego rodzaju fałszu kryjącego się za fasadą miłego młodzieńca; wszak i Lucyfer był jednym z aniołów, nim stał się symbolem zła — Wyglądasz oszałamiająco. Z każdym rokiem coraz bliżej ci do świętej pamięci prababci... Ach, cóż za wspaniała i niezwykle piękna z niej kobieta była... — rzucił mimochodem, składając pocałunek na policzku czarownicy. Och, chyba się nie pogniewa za to nawiązanie do nieżyjącej już nestorki rodu Yaxley — przecież Leander nie miał nic złego! Nawiązywał jedynie do portretu zawieszonego nad kominkiem w gabinecie ojca, na którym trzydziestokulkuletnia kobieta spoglądała w dal z psidwakiem siedzącym u jej stóp oraz strzelbą myśliwską w dłoniach. Był tez drugi obraz przedstawiający prababcię; siwą, z twarzą przeoraną zmarszczkami, ale on był znacznie mniejszy i wisiał w holu; któż by zatem pamiętał o jego istnieniu?
— Eden — zwrócił się do drugiej z kobiet — Przyznać muszę, że zapierasz dech w piersiach, gdziekolwiek się nie pojawisz.
A szczególnie, gdy zjawiasz się u mnie, żeby znów podnieść czynsz, ty chciwa sekutnico, dodał w myślach.
Przez chwilę walczył z pragnieniem uśmiercenia jej tak samo, jak swej pierwszej ofiary; słodkiego puchatego króliczka należącego do Geraldine. Zamiast tego postanowił zmienić taktykę; ujął podbródek Loretty i przesunął kciukiem po jej pełnych ustach. Zatrzymał się na moment i odchylił dolną wargę kobiety, jakby planował wsunąć palec do środka, jednak w ostatniej chwili zmienił zdanie i odsunął się od panny Lestrange. Kosztowało go to zaangażowania wszystkich drzemiących w nim pokładów samokontroli, lecz nie zamierzał dawać jej satysfakcji. Mogła wygrać tę potyczkę, ale to on tego wieczora będzie triumfował.
Jego imię oznaczało lwa, a lwy z kolei były stworzone do zwycięstwa.
— No już, już... Nie dąsaj się... — odparł już nieco łagodniej, w ten sam sposób, w jaki uspokaja się owieczkę prowadzoną w Beltane na ofiarny ołtarz — Przecież wiesz, że robię to dla twojego dobra. Może gdybyś czasem spojrzała na świat bardziej pragmatycznie, dostrzegłabyś czyhające zagrożenia, najdroższa.
Zszedł więc z Lorettą na dół, spóźniony nieco bardziej niż wypada bratu gospodarzy, jednak niedostatecznie długo, by solenizanci uznać mogli to za celowy afront. Nie lubił grać w otwarte karty; nie dlatego, że był tchórzem, lecz dzięki możliwości niepozostawiania wyraźnych śladów na swą uszczypliwość. Wszakże drobne faux pas nie było powodem do ciskania w niego iskrami wrogich spojrzeń, a oponenci dający się ponieść emocjom z tak błahych powodów stawali się przegranymi w prowadzonej przez niego grze.
Omiótł wzrokiem wszystkich zebranych gości; dreszcz obrzydzenia pokropił jego kark, gdy jego spojrzenie natrafiło dla Theseusa (obrzydliwe hańbić naszą rodową posiadłość obecnością tego mieszańca, pomyślał wówczas), zawiesił zimne spojrzenie na Loganie, przyciągając przy okazji do siebie Lorettę i choć nie odezwał się przy tym ani słowem, całe jego ciało krzyczało "MOJA". Zauważył też brata, któremu jako jedynemu posłał uśmiech. Na końcu zwrócił uwagę na kobiety; na śliczną uzdrowicielkę z Munga (nie był pewien, czy kojarzył jej twarz ze szkolnych murów, czy to ona, na Séraphine, której trunki umilały mu niejeden wieczór oraz panią Lestrange, od której wynajmował mieszkanie.
— Zachowuj się — wyszeptał do ucha Loretty, zwalniając uścisk oplatającego ją ramienia, aż w końcu całkowicie wyswobodził ją ze swego objęcia. Wreszcie, gdy towarzystwo już nieco odstąpiło solenizantki, podszedł do Geraldine oraz Eden.
— Geraldine — zwrócił się do siostry z uśmiechem godnym cheruba, choć nie wolnym od pewnego rodzaju fałszu kryjącego się za fasadą miłego młodzieńca; wszak i Lucyfer był jednym z aniołów, nim stał się symbolem zła — Wyglądasz oszałamiająco. Z każdym rokiem coraz bliżej ci do świętej pamięci prababci... Ach, cóż za wspaniała i niezwykle piękna z niej kobieta była... — rzucił mimochodem, składając pocałunek na policzku czarownicy. Och, chyba się nie pogniewa za to nawiązanie do nieżyjącej już nestorki rodu Yaxley — przecież Leander nie miał nic złego! Nawiązywał jedynie do portretu zawieszonego nad kominkiem w gabinecie ojca, na którym trzydziestokulkuletnia kobieta spoglądała w dal z psidwakiem siedzącym u jej stóp oraz strzelbą myśliwską w dłoniach. Był tez drugi obraz przedstawiający prababcię; siwą, z twarzą przeoraną zmarszczkami, ale on był znacznie mniejszy i wisiał w holu; któż by zatem pamiętał o jego istnieniu?
— Eden — zwrócił się do drugiej z kobiet — Przyznać muszę, że zapierasz dech w piersiach, gdziekolwiek się nie pojawisz.
A szczególnie, gdy zjawiasz się u mnie, żeby znów podnieść czynsz, ty chciwa sekutnico, dodał w myślach.