Zapanowała taka... cisza. Okraszona napięciem cisza, kiedy twarz tego mężczyzny o srebrzystych włosach przestała się uśmiechać i w moment jego oczy przestały błyszczeć. W moment Laurent pożałował. Pożałował tego, co powiedział i pożałował, że w ogóle zdecydował się tutaj przyjechać. Tylko jeśli nie tu, to gdzie? Do Florence? Oni mieli tam przecież tyle problemów... a tutaj nie mieli? Gdzie była w zasadzie bezpieczna przystań, gdzie było miejsce, gdzie można uciec przed kimś ze snów? Nie chciał jednak tego napięcia widzieć i jeszcze bardziej nie chciał tej napiętej atmosfery. Edward Prewett nie wściekał się krzykiem, nie. Kiedy się na niego spoglądało rozumiało się, czemu tajfuny nazywano imionami po ludziach. Była cisza. A kiedy uderzał już wiatr to niszczył wszystko, na czym postawił swoją nogę. Przerażało go nawet to, że nie wiedział, gdzie Prewett miał swoją granicę. Na czym by się zatrzymał, co oznaczało dla niego "za dużo"? Co potrafił zniszczyć i kogo, żeby dostać to, czego chciał? Powiedz coś. Poprosił jego umysł w tym milczeniu. Gdy Edward tak zaciskał swoją dłoń, jakby zaraz... tornado nie uderzyło, ale chyba zaczynało wzbierać na sile. Szybciutko, jak piasek przesypujący się przez klepsydrę, przemykający wąską szyjką, zobaczył, jak traci kontrolę nad całą sytuacją. I naturalnie, jak przecież zawsze, kontrola trafia w ręce jego ojca.
- Przestań. - Wiedział, jak nie lubił tej rodziny, choć może i słowo "nie lubił" to za dużo? Nie był pewien. Na pewno go drażnili. Mógłby powiedzieć, że nie podobała mu się ta maniera przekupstwa, ale... ale przecież tak funkcjonował ten świat, a on widział, co robią Prewettowie nie od dziś. Widział i wiedział, nawet jeśli nie komentował tego zazwyczaj wprost. Ale troszkę się tutaj zjeżył, kiedy padły takie słowa, takie... oskarżenia. Byli tam ludzie, których znał, którym powierzyłby te swoje marne życie. Choć kiedy to "przestań" wysmyknęło się z jego ust, takie lekko ostrzejsze, nawet jeśli nadal w jego łagodnym wydaniu to prawie sam się siebie wystraszył. Nerwy robiły z człowiekiem dziwne rzeczy. Sęk w tym, że bronienie ich przed Edwardem i tak nie miało sensu. A przynajmniej Laurent się w tym poddawał. Próby przekonywania go do czegoś było jak rzucanie grochem o ścianę. Albo to tylko on nie miał do tego talentu. Lub siły. - Słucham? - Aż się otrząsnął, kiedy padły słowa, że staruszek myślał o czymś innym, większym, bardziej sprecyzowanym! I jakże jednocześnie intymnym. Tak, przy tym wszystkim rzeczywiście mijały chęci na wypad gdziekolwiek. Przynajmniej na chwilę. - Proszę... stop, stop... - Tak, żałował. Tak, nie powinien był jednak przyjeżdżać. Zamrugał parę razy, starając się kontrolować siebie w pełni, nie garbić, iść prosto, kiedy Edward położył dłoń na jego ramieniu i zaczął prowadzić do domu. Jak zawsze - ojciec nie zamierzał przebierać w środkach. On zamierzał działać. A skala tego działania była dyktowana... czym w zasadzie? Laurent miał problem teraz pozbierać myśli i nadążyć za tym, jak wielki skok zrobił mężczyzna przed nim. Z braku problemu na gładkie kalkulowanie kroków, jakie mógłby podjąć. Nie malutkich, nie. Od razu ogromnych. Nie stawiał kartonowego pudełka w ramach twierdzy, jak to dzieci miały w zwyczaju. On od razu chciał zbudować bunkier.
- Edwardzie. Nie jestem jedyną ofiarą. Możesz poruszyć niebo i ziemię, ale gdyby ktoś znał sposób na bronienie się przed tym to jako główny zainteresowany bym o tym wiedział. - Uspokoił się trochę, czy raczej - zmusił do tego. Żeby wyłożyć to konkretnie i stanowczo, żeby mężczyznę nie... ach, kto się tu oszukiwał. Przecież Edward i tak zrobi to, co sam uważał za słuszne. - Nie chcę o tym opowiadać. - To powiedział już z lekkim dystansem. Fakt, to nie było zdrowe, ale chwilowo Laurent wpadł na blokadę własnego przerażenia tym, jak Edward zareagował. - Z jakiegoś powodu za każdym razem w śnie pojawia się ktoś, kto go powstrzymuje. Uratowała mnie brygadzistka... Brenna Longbottom. - Całkowicie celowo podkreślił to nazwisko, zerkając na mężczyznę. Odetchnął i zsunął z szyi apaszkę, prezentując zagojone już prawie paskudne krwiaki. Po duszeniu - i to bynajmniej nie z podduszania dla zabawy. Zaraz z powrotem chustę owinął, żeby nie było to widoczne. - Goi się jeszcze rana na plecach. Będę musiał usunąć bliznę... - Jakby to był największy problem, największy kłopot. Nie był. Ale był też tym, na czym się Laurent skupiał. Bo problem blizny był łatwiejszy do przyswojenia niż problem nietykalnego jak na razie mordercy.