10.09.2023, 00:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2023, 00:12 przez Brenna Longbottom.)
Widmowidzenie bywało kapryśne i nie raz już mocno sponiewierało Brennę.
Tym razem było szczególnie źle. Walczyła, żeby zobaczyć cokolwiek - przeszłość zdawała się stawiać przedziwny opór. A kiedy wreszcie Brenna skończyła, osunęła się na posadzkę. Nie oślepła wprawdzie, ale kręciło się jej w głowie i przez długą chwilę leżała po prostu na podłodze, zwinięta w kłębek, z trudem łapiąc oddech.
O co, do cholery, chodziło?
Po długiej chwili Brenna usiadła. Świat powoli przestawał wirować przed oczami, a chociaż wciąż nie mogła zebrać myśli, to niektóre elementy historii wskakiwały na swoje miejsce. Dante. Kamień Shafiqów. Kradzież. Cokolwiek oni stamtąd wyciągną... kontrolowanie energii... To co zabrano z Limbo...
Odetchnęła, wyciągnęła różdżkę i zgasiła świece, jedna po drugiej. A potem z pewnym trudem wstała i ruszyła do drzwi. Nie zamierzała nikogo niepotrzebnie budzić, ale istniała całkiem spora szansa, że Erik lub Mavelle jeszcze nie śpią. Ledwo wyjrzała na korytarz, dostrzegła, że w pokoju kuzynki nie pali się światło, za to drzwi były otwarte na oścież... a Bones nie było. Brenna zmarszczyła brwi, podpierając się o ścianę. Jakieś nagłe wezwanie? Ale czy dziś Mav nie miała wolnego? Odrobina niepokoju zagościła w duszy kobiety, chociaż takie rzeczy jak znikanie z łóżka w środku nocy nie były w tym domu niczym nadzwyczajnym. I zwykle nie oznaczały, że ktoś czymś się upił, i dość rzadko znaczyły, że ktoś poszedł na randkę - prędzej, że zaistniała sytuacja awaryjna i ktoś umiera...
- Malwa? Malwa, gdzie jesteś? - powiedziała, niezbyt głośno, przemieszczając się korytarzem, i powtarzając imię skrzatki. Nie chciała jej budzić, ale ta i tak chodziła spać dość późno, więc...
Rozległ się trzask i skrzatka, ubrana w czerwoną, czystą poszewkę, przewiązaną w pasie tak, że wyglądała jak sukienka, zmaterializowała się przed Brenną.
- Tak, panienko?
- Czy może wiesz, gdzie jest Mavelle?
Malwa zawahała się, ale w końcu udzieliła odpowiedzi.
- Panienka Mavelle jest na dachu.
- Och... - mruknęła Brenna. Odrobinę zaskoczona, ale tylko odrobinę. W dzieciństwie często wychodziły na ten dach. Kiedy podrosły też to robiły, chociaż może z mniejszą częstotliwością niż kiedyś. - Dziękuję.
Obróciła się na pięcie i skierowała ku schodom wiodącym na drugie piętro. A stamtąd do jednego z pustych pokoi. W każdym jedna ściana była nieco pochyła, i przez okna dachowe dało się z nich wydostać na zewnątrz, o ile tylko było się dość sprawnym fizycznie. A Brenna wychodzenie na górę miała opanowane doskonale, mniej więcej odkąd skończyła siedem lat.
(Rzut, wiedza o świecie, na ogarnięcie, co nie tak z różdżką)
Tym razem było szczególnie źle. Walczyła, żeby zobaczyć cokolwiek - przeszłość zdawała się stawiać przedziwny opór. A kiedy wreszcie Brenna skończyła, osunęła się na posadzkę. Nie oślepła wprawdzie, ale kręciło się jej w głowie i przez długą chwilę leżała po prostu na podłodze, zwinięta w kłębek, z trudem łapiąc oddech.
O co, do cholery, chodziło?
Po długiej chwili Brenna usiadła. Świat powoli przestawał wirować przed oczami, a chociaż wciąż nie mogła zebrać myśli, to niektóre elementy historii wskakiwały na swoje miejsce. Dante. Kamień Shafiqów. Kradzież. Cokolwiek oni stamtąd wyciągną... kontrolowanie energii... To co zabrano z Limbo...
Odetchnęła, wyciągnęła różdżkę i zgasiła świece, jedna po drugiej. A potem z pewnym trudem wstała i ruszyła do drzwi. Nie zamierzała nikogo niepotrzebnie budzić, ale istniała całkiem spora szansa, że Erik lub Mavelle jeszcze nie śpią. Ledwo wyjrzała na korytarz, dostrzegła, że w pokoju kuzynki nie pali się światło, za to drzwi były otwarte na oścież... a Bones nie było. Brenna zmarszczyła brwi, podpierając się o ścianę. Jakieś nagłe wezwanie? Ale czy dziś Mav nie miała wolnego? Odrobina niepokoju zagościła w duszy kobiety, chociaż takie rzeczy jak znikanie z łóżka w środku nocy nie były w tym domu niczym nadzwyczajnym. I zwykle nie oznaczały, że ktoś czymś się upił, i dość rzadko znaczyły, że ktoś poszedł na randkę - prędzej, że zaistniała sytuacja awaryjna i ktoś umiera...
- Malwa? Malwa, gdzie jesteś? - powiedziała, niezbyt głośno, przemieszczając się korytarzem, i powtarzając imię skrzatki. Nie chciała jej budzić, ale ta i tak chodziła spać dość późno, więc...
Rozległ się trzask i skrzatka, ubrana w czerwoną, czystą poszewkę, przewiązaną w pasie tak, że wyglądała jak sukienka, zmaterializowała się przed Brenną.
- Tak, panienko?
- Czy może wiesz, gdzie jest Mavelle?
Malwa zawahała się, ale w końcu udzieliła odpowiedzi.
- Panienka Mavelle jest na dachu.
- Och... - mruknęła Brenna. Odrobinę zaskoczona, ale tylko odrobinę. W dzieciństwie często wychodziły na ten dach. Kiedy podrosły też to robiły, chociaż może z mniejszą częstotliwością niż kiedyś. - Dziękuję.
Obróciła się na pięcie i skierowała ku schodom wiodącym na drugie piętro. A stamtąd do jednego z pustych pokoi. W każdym jedna ściana była nieco pochyła, i przez okna dachowe dało się z nich wydostać na zewnątrz, o ile tylko było się dość sprawnym fizycznie. A Brenna wychodzenie na górę miała opanowane doskonale, mniej więcej odkąd skończyła siedem lat.
(Rzut, wiedza o świecie, na ogarnięcie, co nie tak z różdżką)
Rzut N 1d100 - 47
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.