10.09.2023, 00:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2023, 02:18 przez Brenna Longbottom.)
Brenna zawsze, gdy tylko się dało, była w terenie. Ale wiedziała też, jak ważne są papiery. Spędzała długie godziny w archiwach, szukając różnych informacji i bardzo pilnowała, by w aktach jej spraw panował nienaganny porządek. Teraz jednak wszystko narastało. Po Beltane mieli braki kadrowe, Heather przebywała na zwolnieniu, a to, co stało się na Polanie Ogni, dołożyło wszystkim jakieś trzy razy tyle pracy co zwykle.
– Wszyscy w Ministerstwie są zajęci, podejrzewam, że po zniszczeniach w Dolinie i wy – powiedziała. Uprzejmość, Brenna, uprzejmość. Może byłaby mniej uprzejma – czy z powodu skonfundowania czy by go odstraszyć – gdyby zdała sobie sprawę z tego, że traktował ją poważnie, ale zasadniczo zawsze brała to, co robił Borgin raczej za formę żartu albo chęć odhaczenia kolejnego nazwiska na długiej liście podbojów. – Gdy byłam młodsza. Teraz po prostu potrzebowałam czekolady – stwierdziła lekko, bo tak, dalej je zbierała, ale nie zamierzała się do tego przyznawać, zwłaszcza, skoro przychodził do niej z żabami.
– Prosto z mostu? – podsunęła, gdy zaczął zastanawiać się, „jak jej to powiedzieć”.
A potem…
Na imię Atreusa zakrztusiła się pitą kawą. W ostatniej chwili osłoniła usta wolną dłonią, by nie opluć papierów, a potem przypatrywała się Borginowi przez moment z takim niedowierzaniem, jakby właśnie wyrosła mu trzecia głowa. Albo oznajmił jej, że jego marzeniem zawsze było dołączenie do cyrku Bellów i poprosił o pomoc w ucieczce przed rodziną, aby mógł zostać cyrkowym akrobatą.
Normalnie na takie stwierdzenie wybuchłaby śmiechem. Tyle że tu tkwił pewien problem. Po pierwsze, tak jakby, te plotki mógł rozpowszechnić tylko jeden człowiek, czyli sam Atreus Bulstrode. Po drugie, gdyby dotarły uszu jej ojca i ten powiedział o tym matce, a ta z kolei dopytałaby skrzatkę, mogłaby usłyszeć pewną ciekawą opowieść.
– Przykleiłam się do Bulstroda. Aha.
Przez ułamek sekundy miała ochotę zachować się typowo po Gryfońsku, czyli wstać i nie myśląc za wiele ruszyć prosto do Biura Aurorów, żeby na Atreusa nawrzeszczeć i spytać czy przypadkiem nie zamienił się na rozum z jakąś przypadkową kozą. Wtedy Godryk Gryffindor byłby pewnie z niej bardzo dumny.
Trochę powstrzymało ją jednak to, z jakiego powodu była teraz wściekła: nie chciała zbyt wielu plotek, a taka scena w Ministerstwie mogłaby przyciągnąć czyjąś uwagę. Zwykle żadne opowieści dziwnej treści na jej temat Brennie nie przeszkadzały, ale po Beltane starała się trzymać głowę niżej, poza tym wiedziała, jak na niektóre pogłoski zareagowałaby matka.
Trochę, bo robiąc coś takiego, potwierdziłaby wszystkim plotkarzom (nie była wszak pewna, kto i co wie, skąd miała wiedzieć, że na razie było to dwóch Borginów?) prawdziwość opowieści.
Ale w głównej mierze, bała się, że kiedy stanie na przeciwko Bulstroda, to złość jej przejdzie. Przecież ostatecznie, gdyby bardzo chciała, mogła poczekać i nawrzeszczeć na niego, kiedy wyjdzie z budynku Ministerstwa. Nie była jednak pewna, czy wtedy dałaby radę się o to wszystko wściekać.
A chciała być zła. I cóż, była. Planowała współpracować, naprawdę. Zepchnęła na kogoś innego aresztowanie, choć było to nie w jej stylu. Napisała listy do przyjaciół. Poprosiła o adres korespondencyjny jednej z kapłanek Macmillanów. Sprawdzenie domu w Kniei przełożyła z wczoraj, by najpierw dogadać się z Departamentem Tajemnic i nie upewnić że ewentualnie niebezpieczeństwo będzie trwało krótko. Nie wspomniała o sprawie absolutnie nikomu. I dziś nawet minęła go na korytarzu, zamiast na jego widok skręcać w drugą stronę albo do pierwszego lepszego pomieszczenia, jak robiła ostatnie trzy tygodnie. Od Bulstroda nie oczekiwała, że nie będzie się narażał - był aurorem. Ani że przestanie spotykać się z kobietami - był wolnym mężczyzną, nieważne, jak paskudnie się z tym czuła. Mogła to mdlące, nieprzyjemne uczucie znieść. Znosiła oglądanie morderstw, gwałtów i pobić na widmowidzeniu, zniosła śmierć wuja, przeżyje i to. Nie prosiła nawet, by szukał sposobu na zdjęcie tego cholerstwa, była gotowa zająć się tym sama.
Ale naprawdę mógłby sobie chociaż oszczędzić rozpuszczanie durnych plotek. Wyjaśnienie matce, żeby nie ważyła się iść rozmawiać z Bulstrodami, gdyby ta coś usłyszała, mogłoby Brennę naprawdę kosztować sporo energii.
- Rhynda! - zawołała, obracając się w stronę jednego z pozostałych biurek. Skoro nie mogła iść nawrzeszczeć na Atreusa, wyładuje tę złość w inny sposób. - Te patrole, które ci się wykruszyły? Wpisz mi je w nadgodziny. Znajdę drugą osobę.
- Mówisz poważnie? - Rhynda, która w tym miesiącu układała grafik, poderwała głowę niczym hart, który schwycił trop.
- Jasne, wiszę wam za to, że dziś zatrzymały mnie papierki - odparła Brenna, uśmiechając się do niej szeroko. A potem odwróciła się z powrotem do biurka, i wyrwała z notesu kartkę, by pośpiesznie nakreślić na niej kilka zdań.
– Bardzo przepraszam, przypomniałam sobie o tych patrolach – powiedziała do Anthonyego. Wciąż się uśmiechała, bo po prostu zapomniała przestać – Borginów obdarzała uśmiechami rzadko. Nie, nie dała mu w nos. Czemu by miała? Niechęć do Borginów nie oznaczała, że obwiniała ich za coś, co ewidentnie wymyślił ktoś inny. – Szczerze dziękuję za informację, ale naprawdę nie musisz się martwić o przyjaciela. Zapewniam, że mam o wiele za napięty kalendarz, aby napastować kogokolwiek. A gdybym nabrała takiej ochoty, nie wybierałabym kogoś absolutnie niezainteresowanego, bez obaw.
Po chwili wiadomość - dźgnięta różdżką – wiadomość zamieniła się w papierowy samolocik i wyleciała z pomieszczenia.
Jej celem było Biuro Aurorów. Brenna nie była aż tak porywcza, by natychmiast wpaść tam sama, ale dość, aby posłać list.
– Wszyscy w Ministerstwie są zajęci, podejrzewam, że po zniszczeniach w Dolinie i wy – powiedziała. Uprzejmość, Brenna, uprzejmość. Może byłaby mniej uprzejma – czy z powodu skonfundowania czy by go odstraszyć – gdyby zdała sobie sprawę z tego, że traktował ją poważnie, ale zasadniczo zawsze brała to, co robił Borgin raczej za formę żartu albo chęć odhaczenia kolejnego nazwiska na długiej liście podbojów. – Gdy byłam młodsza. Teraz po prostu potrzebowałam czekolady – stwierdziła lekko, bo tak, dalej je zbierała, ale nie zamierzała się do tego przyznawać, zwłaszcza, skoro przychodził do niej z żabami.
– Prosto z mostu? – podsunęła, gdy zaczął zastanawiać się, „jak jej to powiedzieć”.
A potem…
Na imię Atreusa zakrztusiła się pitą kawą. W ostatniej chwili osłoniła usta wolną dłonią, by nie opluć papierów, a potem przypatrywała się Borginowi przez moment z takim niedowierzaniem, jakby właśnie wyrosła mu trzecia głowa. Albo oznajmił jej, że jego marzeniem zawsze było dołączenie do cyrku Bellów i poprosił o pomoc w ucieczce przed rodziną, aby mógł zostać cyrkowym akrobatą.
Normalnie na takie stwierdzenie wybuchłaby śmiechem. Tyle że tu tkwił pewien problem. Po pierwsze, tak jakby, te plotki mógł rozpowszechnić tylko jeden człowiek, czyli sam Atreus Bulstrode. Po drugie, gdyby dotarły uszu jej ojca i ten powiedział o tym matce, a ta z kolei dopytałaby skrzatkę, mogłaby usłyszeć pewną ciekawą opowieść.
– Przykleiłam się do Bulstroda. Aha.
Przez ułamek sekundy miała ochotę zachować się typowo po Gryfońsku, czyli wstać i nie myśląc za wiele ruszyć prosto do Biura Aurorów, żeby na Atreusa nawrzeszczeć i spytać czy przypadkiem nie zamienił się na rozum z jakąś przypadkową kozą. Wtedy Godryk Gryffindor byłby pewnie z niej bardzo dumny.
Trochę powstrzymało ją jednak to, z jakiego powodu była teraz wściekła: nie chciała zbyt wielu plotek, a taka scena w Ministerstwie mogłaby przyciągnąć czyjąś uwagę. Zwykle żadne opowieści dziwnej treści na jej temat Brennie nie przeszkadzały, ale po Beltane starała się trzymać głowę niżej, poza tym wiedziała, jak na niektóre pogłoski zareagowałaby matka.
Trochę, bo robiąc coś takiego, potwierdziłaby wszystkim plotkarzom (nie była wszak pewna, kto i co wie, skąd miała wiedzieć, że na razie było to dwóch Borginów?) prawdziwość opowieści.
Ale w głównej mierze, bała się, że kiedy stanie na przeciwko Bulstroda, to złość jej przejdzie. Przecież ostatecznie, gdyby bardzo chciała, mogła poczekać i nawrzeszczeć na niego, kiedy wyjdzie z budynku Ministerstwa. Nie była jednak pewna, czy wtedy dałaby radę się o to wszystko wściekać.
A chciała być zła. I cóż, była. Planowała współpracować, naprawdę. Zepchnęła na kogoś innego aresztowanie, choć było to nie w jej stylu. Napisała listy do przyjaciół. Poprosiła o adres korespondencyjny jednej z kapłanek Macmillanów. Sprawdzenie domu w Kniei przełożyła z wczoraj, by najpierw dogadać się z Departamentem Tajemnic i nie upewnić że ewentualnie niebezpieczeństwo będzie trwało krótko. Nie wspomniała o sprawie absolutnie nikomu. I dziś nawet minęła go na korytarzu, zamiast na jego widok skręcać w drugą stronę albo do pierwszego lepszego pomieszczenia, jak robiła ostatnie trzy tygodnie. Od Bulstroda nie oczekiwała, że nie będzie się narażał - był aurorem. Ani że przestanie spotykać się z kobietami - był wolnym mężczyzną, nieważne, jak paskudnie się z tym czuła. Mogła to mdlące, nieprzyjemne uczucie znieść. Znosiła oglądanie morderstw, gwałtów i pobić na widmowidzeniu, zniosła śmierć wuja, przeżyje i to. Nie prosiła nawet, by szukał sposobu na zdjęcie tego cholerstwa, była gotowa zająć się tym sama.
Ale naprawdę mógłby sobie chociaż oszczędzić rozpuszczanie durnych plotek. Wyjaśnienie matce, żeby nie ważyła się iść rozmawiać z Bulstrodami, gdyby ta coś usłyszała, mogłoby Brennę naprawdę kosztować sporo energii.
- Rhynda! - zawołała, obracając się w stronę jednego z pozostałych biurek. Skoro nie mogła iść nawrzeszczeć na Atreusa, wyładuje tę złość w inny sposób. - Te patrole, które ci się wykruszyły? Wpisz mi je w nadgodziny. Znajdę drugą osobę.
- Mówisz poważnie? - Rhynda, która w tym miesiącu układała grafik, poderwała głowę niczym hart, który schwycił trop.
- Jasne, wiszę wam za to, że dziś zatrzymały mnie papierki - odparła Brenna, uśmiechając się do niej szeroko. A potem odwróciła się z powrotem do biurka, i wyrwała z notesu kartkę, by pośpiesznie nakreślić na niej kilka zdań.
– Bardzo przepraszam, przypomniałam sobie o tych patrolach – powiedziała do Anthonyego. Wciąż się uśmiechała, bo po prostu zapomniała przestać – Borginów obdarzała uśmiechami rzadko. Nie, nie dała mu w nos. Czemu by miała? Niechęć do Borginów nie oznaczała, że obwiniała ich za coś, co ewidentnie wymyślił ktoś inny. – Szczerze dziękuję za informację, ale naprawdę nie musisz się martwić o przyjaciela. Zapewniam, że mam o wiele za napięty kalendarz, aby napastować kogokolwiek. A gdybym nabrała takiej ochoty, nie wybierałabym kogoś absolutnie niezainteresowanego, bez obaw.
Po chwili wiadomość - dźgnięta różdżką – wiadomość zamieniła się w papierowy samolocik i wyleciała z pomieszczenia.
Jej celem było Biuro Aurorów. Brenna nie była aż tak porywcza, by natychmiast wpaść tam sama, ale dość, aby posłać list.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.