10.09.2023, 13:24 ✶
Woń papierosa uderzyła w nozdrza Brenny, kiedy stanęła na krześle i pchnęła okno. Nie był to nowy zapach. Sama Brenna nie paliła - ten zapach zawsze kojarzył się jej z czarną magią, choć w biurze faktycznie palili niemal wszyscy, ironia, że czarnoksiężnicy i ci, którzy mieli ich łapać, przesiąkli tą samą wonią - ale przywykła.
Zdziwiłaby się może, tydzień czy dwa temu. Ale nie tym razem. Nie po Beltane. Nie po tym wszystkim, co ich spotkało. Nie, kiedy dziś ciało Derwina czy raczej to, co z niego zostało, zaczęto przygotowywać do pogrzebu, a Brennę czekała wizyta na miejscowym cmentarzu. Wyleciała jej jednak z głowy potrzeba poinformowania kuzynki teraz, już, natychmiast, co zobaczyła. W tej chwili Brenna bardziej martwiła się o nią.
Podciągnęła się i wygrzebała na dach, jak wiele, wiele razy wcześniej. Wspomnienie tego pierwszego już zamazywało się w jej pamięci, ale chyba miała jakieś dziewięć lat, odkryła, że jeżeli ustawi dwa krzesła jedno na drugim obok jednego z pudeł, wtedy tu stojących - bo teraz pokoje były już pięknie urządzone - zdoła wyjść na zewnątrz. I oczywiście, już dwa dni później przyprowadziła tutaj kuzynkę...
Nie było to mądre. Teraz raczej żadna z nich by nie spadła, a jeżeli nawet, dwa piętra raczej by ich nie zabiły. Co innego wtedy, kiedy były jeszcze dzieciakami.
- Właściwie to szukałam ciebie - wyznała, ostrożnie przemieszczając się po dachówkach ku kuzynce. Usiadła u jej boku, pod rozgwieżdżonym niebem. Przeszedł ją chłód, bo nie zabrała płaszcza, a noce początku maja były zimne, w powietrzu zaś wisiała wilgoć. Spojrzenie Brenny przesunęło się po okolicy, po krajobrazie sadu, ciągnącego się za domem, ponad murem, oplecionym bluszczem. Kochała ten widok, odkąd była małą dziewczynką i był to jeden z powodów, dla których tak chętnie wchodziła na górę, oczywiście starannie kryjąc się przed matką.
Jej wzrok zaraz jednak wrócił ku twarzy Mavelle. Bladej. Bladej, mimo tego, że miała z natury ciemną karnację, ale teraz zdawało się, że jej policzki utraciły wszelkie rumieńce. Po Beltane... po Limbo...
- Chcesz zostać sama? - spytała, bo nie chciała odchodzić, nie chciała, by kuzynka siedziała tu sama, w chłodzie i ciemności, lecz przyznawała jej do tego prawo.
Zdziwiłaby się może, tydzień czy dwa temu. Ale nie tym razem. Nie po Beltane. Nie po tym wszystkim, co ich spotkało. Nie, kiedy dziś ciało Derwina czy raczej to, co z niego zostało, zaczęto przygotowywać do pogrzebu, a Brennę czekała wizyta na miejscowym cmentarzu. Wyleciała jej jednak z głowy potrzeba poinformowania kuzynki teraz, już, natychmiast, co zobaczyła. W tej chwili Brenna bardziej martwiła się o nią.
Podciągnęła się i wygrzebała na dach, jak wiele, wiele razy wcześniej. Wspomnienie tego pierwszego już zamazywało się w jej pamięci, ale chyba miała jakieś dziewięć lat, odkryła, że jeżeli ustawi dwa krzesła jedno na drugim obok jednego z pudeł, wtedy tu stojących - bo teraz pokoje były już pięknie urządzone - zdoła wyjść na zewnątrz. I oczywiście, już dwa dni później przyprowadziła tutaj kuzynkę...
Nie było to mądre. Teraz raczej żadna z nich by nie spadła, a jeżeli nawet, dwa piętra raczej by ich nie zabiły. Co innego wtedy, kiedy były jeszcze dzieciakami.
- Właściwie to szukałam ciebie - wyznała, ostrożnie przemieszczając się po dachówkach ku kuzynce. Usiadła u jej boku, pod rozgwieżdżonym niebem. Przeszedł ją chłód, bo nie zabrała płaszcza, a noce początku maja były zimne, w powietrzu zaś wisiała wilgoć. Spojrzenie Brenny przesunęło się po okolicy, po krajobrazie sadu, ciągnącego się za domem, ponad murem, oplecionym bluszczem. Kochała ten widok, odkąd była małą dziewczynką i był to jeden z powodów, dla których tak chętnie wchodziła na górę, oczywiście starannie kryjąc się przed matką.
Jej wzrok zaraz jednak wrócił ku twarzy Mavelle. Bladej. Bladej, mimo tego, że miała z natury ciemną karnację, ale teraz zdawało się, że jej policzki utraciły wszelkie rumieńce. Po Beltane... po Limbo...
- Chcesz zostać sama? - spytała, bo nie chciała odchodzić, nie chciała, by kuzynka siedziała tu sama, w chłodzie i ciemności, lecz przyznawała jej do tego prawo.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.