10.09.2023, 16:11 ✶
Kolejny kłąb dymu uniósł się w powietrze, gdy zaciągnęła się i wypuściła szarą mgłę, ledwo widoczną w mroku nocy. Było w tej czynności coś uspokajającego i nawet nie była do końca pewna, co. Czy to kwestia samego działania tytoniu, czy też naprawdę chodziło jedynie o gesty, o te chwile, które wymagały choćby odrobiny skupienia – nie wiedziała, ale i też nie miało to znaczenia. Jeśli jakiekolwiek – to takie, że papieros nie upajał umysłu, nie sprawiał, że świat stawał się coś niestabilny, a krok niezbyt pewny, że wszelkie reakcje na dobrą sprawę ulegały spowolnieniu.
I chyba tylko dlatego obok Mavelle stała właśnie kawa, a nie opróżniona butelka. Bo nie wiedziała – czy nie będzie zaraz potrzebna, czy służba jej zaraz nie wezwie. Obojętnie, czy ta dla Ministerstwa czy dla Zakonu – obie i tak miały ten sam cel.
Ochronę.
Szukałam ciebie. Uśmiechnęła się blado, zwracając łepetynę ku Brennie, gdy ta usiadła obok. W zasadzie… nie, Mavelle nie szukała teraz towarzystwa, inaczej nie wylądowałaby teraz na dachu, bez rzucenia komukolwiek słowa o tym, że hej, ludzie, nie bójcie się, nie przepadłam w jakiejś ciemnej dziurze, po prostu wystarczy, jak spojrzycie w górę. Ale i też to nie tak, że nie poczuła pewnego ciepła, gdy siostra pojawiła się obok.
- Tak, nie, nie wiem – przyznała, próbując zsunąć z siebie koc jedną ręką i przerzucić na plecy Brenny; może trochę nieporadnie, ale drugą miała zajętą i do tego siedziały na dachu, który nie szczycił się płaskością (a skośnością) i nie wszystko było takie proste, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka – Weź, przykryj się, mi to i tak nic nie daje – mruknęła, jakoś bez emocji w głosie. Była zimna, była inna i wiedziała już, że choćby weszła do ognia – płomienie nie potrafiłyby jej ogrzać. Nie i koniec.
Co nie oznaczało, że Longbottom miała marznąć, bo zdecydowała się dołączyć.
- Próbuję sobie wszystko ułożyć i… sama nie wiem. Jakby ktoś rozniecił o wiele większy ogień pod kotłem – dodała cicho, po chwili milczenia. Coś w tym było – bo przecie to, co pozostawało po części uśpione – wybuchło z siłą, jakiej nawet się nie spodziewała.
Bo to nie było jej pierwsze Beltane. Pamiętała euforię z poprzednich świąt, była pewna, że sobie z tym poradzi, ale… chyba nie radziła. Nie, bo osiągnęło większe rozmiary niż przewidywała.
I chyba tylko dlatego obok Mavelle stała właśnie kawa, a nie opróżniona butelka. Bo nie wiedziała – czy nie będzie zaraz potrzebna, czy służba jej zaraz nie wezwie. Obojętnie, czy ta dla Ministerstwa czy dla Zakonu – obie i tak miały ten sam cel.
Ochronę.
Szukałam ciebie. Uśmiechnęła się blado, zwracając łepetynę ku Brennie, gdy ta usiadła obok. W zasadzie… nie, Mavelle nie szukała teraz towarzystwa, inaczej nie wylądowałaby teraz na dachu, bez rzucenia komukolwiek słowa o tym, że hej, ludzie, nie bójcie się, nie przepadłam w jakiejś ciemnej dziurze, po prostu wystarczy, jak spojrzycie w górę. Ale i też to nie tak, że nie poczuła pewnego ciepła, gdy siostra pojawiła się obok.
- Tak, nie, nie wiem – przyznała, próbując zsunąć z siebie koc jedną ręką i przerzucić na plecy Brenny; może trochę nieporadnie, ale drugą miała zajętą i do tego siedziały na dachu, który nie szczycił się płaskością (a skośnością) i nie wszystko było takie proste, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka – Weź, przykryj się, mi to i tak nic nie daje – mruknęła, jakoś bez emocji w głosie. Była zimna, była inna i wiedziała już, że choćby weszła do ognia – płomienie nie potrafiłyby jej ogrzać. Nie i koniec.
Co nie oznaczało, że Longbottom miała marznąć, bo zdecydowała się dołączyć.
- Próbuję sobie wszystko ułożyć i… sama nie wiem. Jakby ktoś rozniecił o wiele większy ogień pod kotłem – dodała cicho, po chwili milczenia. Coś w tym było – bo przecie to, co pozostawało po części uśpione – wybuchło z siłą, jakiej nawet się nie spodziewała.
Bo to nie było jej pierwsze Beltane. Pamiętała euforię z poprzednich świąt, była pewna, że sobie z tym poradzi, ale… chyba nie radziła. Nie, bo osiągnęło większe rozmiary niż przewidywała.