10.09.2023, 17:46 ✶
Zagryź go?
Monolog Daisy sprawił, że z wilczego gardła wydobyło się coś, co w pierwszej chwili brzmiało jak warkot, a potem coraz bardziej i bardziej jak śmiech… i wreszcie faktycznie stało się krótkim chichotem, który padł już z ludzkiego gardła Brenny Longbottom, w którą przeistoczyła się wilczyca. Nieco rozczochranej i odzianej obecnie po cywilnemu.
– Obawiam się, że zagryzanie kieszonkowców jest nielegalne – poinformowała Daisy, wykręcając jednocześnie rękę chłopaka do tyłu. Ten jęknął. Nie mógł jej zobaczyć, ale rozpoznał głos. I na pewno skojarzył, że raz już dopadł go wilk, zamieniający się w kobietę. – Cześć, Edgar. Bardzo niemiłe spotkanie. Kolejne nadmienię.
– Nie, nie, nie! Nie, znowu ty! Ty mnie prześladujesz! Chodzisz za mną ulicami! Nie pozwalasz mi spokojnie żyć! Ja to zgłoszę! Niewinny obywatel nie może…
– Niewinny obywatel tym razem nie uniknie Azkabanu. Który to raz? Czwarty? Piąty? – powiedziała Brenna niemalże łagodnym tonem. Wcześniej było jej żal tego chłopaka. Teraz nie była już pewna. Uparcie wybierał drogę przestępczą, mimo tego, że dostał już mandat i pouczenie, kilka dni w areszcie, że czekała go rozprawa, bo ukradł sakiewkę i dał się na tym przyłapać nie raz, nie dwa, a trzy, i teraz wreszcie został schwytany bodaj po raz czwarty. A może już piąty? Zaczynała tracić rachubę. A jego zachowanie za każdym razem sprawiało, że w głowie Brenny zrodziło się podejrzenie, że chłopak powinien zostać zwyczajnie wysłany na diagnozę w Lecznicy Dusz. To niemożliwe, żeby był normalny, prawda? Po prostu niemożliwe, aby ktoś taki zachowywał się w ten sposób. – To twoja sakiewka, jak rozumiem? – wskazała na dwie, leżące na chodniku, po czym wydobyła z kieszeni kajdanki, by skuć nimi ręce chłopaka. Pomyślała przy okazji, że miała w gruncie rzeczy szczęście. Edgar zabrał jej tylko sakiewkę, a nie kajdanki.
Gdy Edgar poczuł dotyk chłodnego metalu na nadgarstkach, szarpnął się. Zamrugał. Chyba zaczęło do niego docierać, jak bardzo źle jest, bo szybko zamrugał, chcąc powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Przecież nie mógł rozpłakać się przed Daisy. Spojrzał zresztą na nią, a jego twarz wykrzywił grymas złości, może nawet nienawiści. Gdyby go nie goniła! Gdyby ona za nim nie pobiegła, ta głupia Brygadzistka na pewno nie zorientowałaby się, że zabrał jej sakiewkę! Zemściłby się za te wszystkie poprzednie upokorzenia i wreszcie poczuł się lepszy! To była jej wina.
– To ciebie nikt nie lubił – wysyczał, szarpnął się w uścisku Brenny. – Myślisz, że ludzie nie wiedzieli, jaką jesteś kłamczuchą?
– Nie pogarszaj swojej sytuacji – oświadczyła Brenna, zmuszając go by wstał, ale na wszelki wypadek tak, aby znaleźć się między nim a panną Lockhart. Nie chciała, by ta spróbowała zrealizować swoje obietnice dotyczące kopniaków w krocze. – Życzy sobie pani złożyć zawiadomienie? – spytała, jedną ręką wciąż trzymając Edgara, a drugą sięgając po różdżkę. Normalnie nie odważyłaby się na taką beztroskę, ale jego zdążyła poznać. I tak nie zdoła się wyrwać.
Był najgorszym i chyba najbardziej pechowym złodziejem na całym świecie.
Monolog Daisy sprawił, że z wilczego gardła wydobyło się coś, co w pierwszej chwili brzmiało jak warkot, a potem coraz bardziej i bardziej jak śmiech… i wreszcie faktycznie stało się krótkim chichotem, który padł już z ludzkiego gardła Brenny Longbottom, w którą przeistoczyła się wilczyca. Nieco rozczochranej i odzianej obecnie po cywilnemu.
– Obawiam się, że zagryzanie kieszonkowców jest nielegalne – poinformowała Daisy, wykręcając jednocześnie rękę chłopaka do tyłu. Ten jęknął. Nie mógł jej zobaczyć, ale rozpoznał głos. I na pewno skojarzył, że raz już dopadł go wilk, zamieniający się w kobietę. – Cześć, Edgar. Bardzo niemiłe spotkanie. Kolejne nadmienię.
– Nie, nie, nie! Nie, znowu ty! Ty mnie prześladujesz! Chodzisz za mną ulicami! Nie pozwalasz mi spokojnie żyć! Ja to zgłoszę! Niewinny obywatel nie może…
– Niewinny obywatel tym razem nie uniknie Azkabanu. Który to raz? Czwarty? Piąty? – powiedziała Brenna niemalże łagodnym tonem. Wcześniej było jej żal tego chłopaka. Teraz nie była już pewna. Uparcie wybierał drogę przestępczą, mimo tego, że dostał już mandat i pouczenie, kilka dni w areszcie, że czekała go rozprawa, bo ukradł sakiewkę i dał się na tym przyłapać nie raz, nie dwa, a trzy, i teraz wreszcie został schwytany bodaj po raz czwarty. A może już piąty? Zaczynała tracić rachubę. A jego zachowanie za każdym razem sprawiało, że w głowie Brenny zrodziło się podejrzenie, że chłopak powinien zostać zwyczajnie wysłany na diagnozę w Lecznicy Dusz. To niemożliwe, żeby był normalny, prawda? Po prostu niemożliwe, aby ktoś taki zachowywał się w ten sposób. – To twoja sakiewka, jak rozumiem? – wskazała na dwie, leżące na chodniku, po czym wydobyła z kieszeni kajdanki, by skuć nimi ręce chłopaka. Pomyślała przy okazji, że miała w gruncie rzeczy szczęście. Edgar zabrał jej tylko sakiewkę, a nie kajdanki.
Gdy Edgar poczuł dotyk chłodnego metalu na nadgarstkach, szarpnął się. Zamrugał. Chyba zaczęło do niego docierać, jak bardzo źle jest, bo szybko zamrugał, chcąc powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Przecież nie mógł rozpłakać się przed Daisy. Spojrzał zresztą na nią, a jego twarz wykrzywił grymas złości, może nawet nienawiści. Gdyby go nie goniła! Gdyby ona za nim nie pobiegła, ta głupia Brygadzistka na pewno nie zorientowałaby się, że zabrał jej sakiewkę! Zemściłby się za te wszystkie poprzednie upokorzenia i wreszcie poczuł się lepszy! To była jej wina.
– To ciebie nikt nie lubił – wysyczał, szarpnął się w uścisku Brenny. – Myślisz, że ludzie nie wiedzieli, jaką jesteś kłamczuchą?
– Nie pogarszaj swojej sytuacji – oświadczyła Brenna, zmuszając go by wstał, ale na wszelki wypadek tak, aby znaleźć się między nim a panną Lockhart. Nie chciała, by ta spróbowała zrealizować swoje obietnice dotyczące kopniaków w krocze. – Życzy sobie pani złożyć zawiadomienie? – spytała, jedną ręką wciąż trzymając Edgara, a drugą sięgając po różdżkę. Normalnie nie odważyłaby się na taką beztroskę, ale jego zdążyła poznać. I tak nie zdoła się wyrwać.
Był najgorszym i chyba najbardziej pechowym złodziejem na całym świecie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.