10.09.2023, 17:54 ✶
Przytaknęła cicho, zgadzając się z podjętą decyzją. W istocie, gdyby poczuła, że naprawdę chce być sama, to była całkiem pewna, że Brenn zrozumie. Że nie będzie oponować, przekonywać, że nie, Mav tylko się wydaje, że potrzebuje samotności.
Choć w tym też coś było – w momentach, kiedy człowiek twierdził, że chce być sam, to tak naprawdę – i to było najtrudniejsze do przyznania samemu przed sobą – wcale nie szukał samotności, a czyjejś bliskości. Niemniej jakoś dziwnie ten świat był urządzony, skoro łatwiej wszystkich od siebie odpychać, niż trzymać blisko siebie.
Choć to bliskość ogrzewała – i nawet nie chodziło tu o fizyczne doznania.
- Wszystko – odparła po chwili milczenia, ponownie wbijając wzrok gdzieś, hen, w noc. W Londynie taka ciemność graniczyła z niemożliwością; na ulicach świeciły latarnie, ale tu… tu jedyne światło mogło pochodzić od domu.
A prawie cały dom spał.
- Czuję nieskończone szczęście, gdy przypomnę sobie moment narodzin Lucy. Czuję rozbawienie, gdy wraca do mnie wspomnienie, w którym widzę, jak twój ojciec kapituluje w sprawie psa. Boli, gdy pomyślę, że jego nie ma już z nami... – głos Mav zadrżał; umilkła na moment. Ale nie skończyła, jeszcze nie, po prostu… po raz kolejny zaciągnęła się papierosem i ugasiła to, co z niego zostało, „dźgając” nim dach. W końcu tylko pożaru brakowało do pełni szczęścia, czyż nie? - … i chcę być gdzie indziej. Zupełnie gdzie indziej, przy kimś innym. Co jest absurdalne, irracjonalne, bo nie po to się odcinałam, żeby teraz czuć się jak zadurzona po uszy nastolatka – to już wypowiedziała ciszej, znacznie ciszej, prawie szeptem.
Och, Alastorze, czyżby błędem było to, że odgrodziłam się od ciebie? Choć racjonalna część umysłu podpowiadała, że to był jedyny rozsądny wybór. Jeśli chciała, by nie zniszczyli się wzajemnie doszczętnie i nie znienawidzili tak, że cały świat mógłby spłonąć od tej nienawiści.
Choć w tym też coś było – w momentach, kiedy człowiek twierdził, że chce być sam, to tak naprawdę – i to było najtrudniejsze do przyznania samemu przed sobą – wcale nie szukał samotności, a czyjejś bliskości. Niemniej jakoś dziwnie ten świat był urządzony, skoro łatwiej wszystkich od siebie odpychać, niż trzymać blisko siebie.
Choć to bliskość ogrzewała – i nawet nie chodziło tu o fizyczne doznania.
- Wszystko – odparła po chwili milczenia, ponownie wbijając wzrok gdzieś, hen, w noc. W Londynie taka ciemność graniczyła z niemożliwością; na ulicach świeciły latarnie, ale tu… tu jedyne światło mogło pochodzić od domu.
A prawie cały dom spał.
- Czuję nieskończone szczęście, gdy przypomnę sobie moment narodzin Lucy. Czuję rozbawienie, gdy wraca do mnie wspomnienie, w którym widzę, jak twój ojciec kapituluje w sprawie psa. Boli, gdy pomyślę, że jego nie ma już z nami... – głos Mav zadrżał; umilkła na moment. Ale nie skończyła, jeszcze nie, po prostu… po raz kolejny zaciągnęła się papierosem i ugasiła to, co z niego zostało, „dźgając” nim dach. W końcu tylko pożaru brakowało do pełni szczęścia, czyż nie? - … i chcę być gdzie indziej. Zupełnie gdzie indziej, przy kimś innym. Co jest absurdalne, irracjonalne, bo nie po to się odcinałam, żeby teraz czuć się jak zadurzona po uszy nastolatka – to już wypowiedziała ciszej, znacznie ciszej, prawie szeptem.
Och, Alastorze, czyżby błędem było to, że odgrodziłam się od ciebie? Choć racjonalna część umysłu podpowiadała, że to był jedyny rozsądny wybór. Jeśli chciała, by nie zniszczyli się wzajemnie doszczętnie i nie znienawidzili tak, że cały świat mógłby spłonąć od tej nienawiści.