Każdy potrzebował odetchnąć na swój własny sposób. Właśnie - odreagować. Laurent był cały napięty, spoglądając zarówno na Mariannę, kiedy teraz siedział na jej łóżku i trzymał jej dłoń jak i na Anthony'ego, który ewidentnie wrócił do siebie. Nie chciał reagować tak ostro, w ogóle nie powinien. Spanikował. Nie to, żeby teraz było o wiele lepiej, ale selkie zdawał sobie sprawę aż nadto z tego, że są tutaj zdani na siebie, że musza się dogadać, muszą ze sobą pracować. I że jeśli nie znajdą rozwiązania to mogą skończyć jak te wszystkie głosy, które słyszał, zanim stracił przytomność. Jako ostatni z nich wszystkich.
- Nie został morską wodą, zaraz tutaj wróci. - Mówił poważnie? Nawet brewka mu nie drgnęła. Nawet spojrzał na Anthonyego i uśmiechnął się do niego spokojniej, choć ten spokój wcale nie był prawdziwy. Tak jak Laurent nie wiedział, czy rzeczywiście Stanley wróci. Ale co do tego, że wodą nie został był przekonany. Oni nią nie zostali. Czemu zaś ci wokół nich już tak? - Tak, to może być choroba morska. Na pewno, w końcu było mi niedobrze. - Nie miał pojęcia, czy ten "żarcik" jakkolwiek wyszedł, bo nie, nie było mu do śmiechu. Natomiast jeśli to miało temu mężczyźnie jakkolwiek pomóc to gotów był podjąć temat. Żeby tylko on się uspokoił i żeby... żeby cokolwiek dobrego tutaj zrobić, żeby jakkolwiek złapać kontrolę nad sytuacją. Nie oczekiwał za to, że ktokolwiek będzie słuchał to, co mówił, że ktoś mu tutaj naprawdę zaufa. Ludzie wokół niego mieli skłonność do tego, że to zaufanie wobec rzeczy niebezpiecznych mieli ograniczone. Było to spowodowane bardzo wieloma elementami, które nie były tu i teraz istotne. Nie zamierzał się burzyć, nie zamierzał krzyczeć i tak jak nie wymagał wykonywania jego poleceń, tak nie wymagał tego zaufania ani nawet nawiązania dialogu. Po prostu... byłoby miło, ale nie był samozwańczym przywódcą. Niebieskie oczy skupił się na mężczyźnie, który usiadł na drugim krańcu łóżka, a kiedy ten zaczął mówić do kobiety... Ach, jak w bajce o Śpiącej Królewnie. Do jego umysłu wpełzła myśl jak to cudownie byłoby mieć takiego księcia. Szybko ją jednak rozgonił, rozglądając się za czymś ostrym... szkło z rozbitej lampki. Najbardziej banalny sposób na obudzenie się ze snu - zrobienie sobie krzywdy. Nie miał pojęcia, co spotkało Marianne, ale nic dobrego. Czuł dreszcz za dreszczem i ból serca przenikający jego ciało kiedy myślał o tragedii, jaka musiała się tutaj rozegrać. Żal. Żal za nieswoje grzechy, za przewinienia innych.
- Przepraszam, Marianno. - Z tego co wiedział podobno ludzie w śpiączce słyszeli, co się do nich mówi. A tutaj byli wręcz w jej śnie. Kto lepiej miał sobie zdawać sprawę z tego, co się działo, jeśli nie ona? I chociaż przeprosiny to za mało... to chyba każdy człowiek chciał je usłyszeć. A teraz przecież byli ludźmi, którzy najwyraźniej mieli coś wspólnego z jej stanem. - Naprawdę bardzo mi przykro. - Zanim jednak sam dobrze się nad tym zastanowił Anthony już się podniósł i trzasnęło znów szkło. Laurent otworzył szerzej oczy.
Laurent nigdy nie był postawnym mężczyzną, choć może nie był malutki. Chudy, niezdrowo chudy blondyn zadrżał na ten widok i odwrócił spojrzenie, nie mogąc na to patrzeć. Na rozlew krwi, na ból. Zacisnął swoje powieki. Ale minęła chwila i obrócił spojrzenie w kierunku Anthony'ego. Był gotów wstać, łapać go, tamować krawienie... i spróbować poklepać go po policzku. Czy to zadziałało? Czy cokolwiek pomogło? Laurent naprawdę nie chciał myśleć, że musieliby się... zabić. Ale jeśli tak, jeśli pomogło...
Jeśli zadziałało to Laurent podniósł kawałek szkła szybkim ruchem i podszedł do Stanleya, żeby i jemu powiedzieć, by zrobił to samo. By się naciął. I potem... potem... sam, modląc się i zaciskając powieki spróbował zrobić to samo trzęsącymi się rękoma.