Szare, ponure dni nie były niczym stałym. Słońce wychodziło zza chmur nieśmiało lub prażyło z nieba jak piekielna kula ognia. Paliła barwne kwiaty na wiór, a koryta rzek wysychały. Deszcz, choć czasem koił po upałach i rozmywał śnieżne zaspy, potrafił przerodzić się w powódź. Pogoda była zmienna, wraz z upływem czasu. Gdy kończył się sezon, koło zataczało krąg, przesuwając na przód swoje szczeble i przelewając wodę. To było nieuniknione. Coś jednak sprawiło, że te ciemne chmury zostały na dłużej, odgradzając go od słońca. Nie całkowicie, oczywiście, czasem promień przedzierał się strumieniem przez szare kłęby i oświetlał polanę, a tam, gdzie pływało złoto, rosły barwy. To ta okropność... ta rutyna sprawiała, że stawało się to takie nieznośne. Bo pewne. Stałe. Zataczał własne koło, bo to szarość stała się jednakowa, monotonna, stabilna... Ażeby się z niej wytrącić, żeby sprawić, że upływ czasu znów ruszy naprzód? Co takiego musiałby zrobić, by przegnać deszcz, skoro sam nie chciał odejść? Pozostawało stać i dmuchać na chmury z nadzieją, że w końcu popłyną dalej i odsłonią niebo. Albo i z drugiej strony, chwycić za grom i cisnąć go w górę ze złością. Taka była ta szarość. Sprawiała, że wszystko wygasało, milkło, a człowiek przyzwyczajał się żyć, tak jak żył. Brakowało tu walki o sny i marzenia, ponoć utopijne w tej rzeczywistości.
Uśmiechnął się na te poetyckie epitety, niemalże czując, jak promień złota łaskocze go po skórze. To było przyjemnie... słuchać go, jak opisuje świat, na który patrzył. Na jego barwy. To nie było lekarstwo, bo to nie on chorował. To świat chorował za niego, ten jego świat, który dryfował mu przed oczami jak mgielny letarg, prowadzący donikąd. Sam nie wiedział, czy te odskocznie na chwilę pomagają malować świat, czy tylko jeszcze bardziej tę szarość pogłębiają, odkrywając nowe, choć te same rejony. Wiedział jednak na pewno, że świat kolorował się sam, kiedy poświęcał mu więcej czasu. Nie gnał za codziennością i wcale nie myślał o niej, tylko zatrzymywał się na chwilę, żeby spojrzeć na zachód słońca, upiększający plażę różem, złotem i pomarańczą.
- Tak. - Powiedział krótko, powłóczyście, sennie wręcz. Jakby samym tonem głosu chciał przedłużyć to słowo do swoich zwykłych wypowiedzi. To nie same pocałunki zabarwiły chmury, tylko świadomość tego, że czas ruszył, tak naprawdę się zatrzymując.
Nie zdziwiłby się wcale, słysząc jego myśli. Wrażliwość to słabość. Nie bez powodu artyści malują piękne dzieła i przelewają myśli na płótno, zmieniają je w plamy tuszu na pergaminie, czy wtapiają je w melodię strun i klawiszy. W sztuce więziona jest wrażliwość, a wrażliwość podziwiana jest przez tych, którzy i w sobie tą wrażliwość niosą, choćby najgłębiej w sercu, gdzie nie dociera światło i wścibskie, sępie oko. Milczał więc, wsłuchując się w tę wrażliwość, która wypływała z lukrecjowych ust i spoglądał na niego, jakby rzeczywiście widział artystę, który chwycił za pędzle i malował cudny pejzaż. Efekt tego był niezwykle niespodziewany, bo i odbiorca zaczął podziwiać interpretację rzeczywistości, przelaną na płótno. Laurent zasłonił mu usta swoimi farbami i jedyne co mógł teraz robić, to podziwiać.
- Jeśli tego sobie życzysz... będę więc używał języka, którego znasz. - Zapewnił, choć sam jakoś nie pałał chęcią do rozmawiania po francusku. Jak bardzo uwielbiał używać tego haczyka na kobiety, które trzepotały rzęsami na niższy ton i nieznane słowa, tak tutaj ten haczyk był zdecydowanie zbyt prymitywny. To jak łowienie syreny na patyk ze sznurkiem i zakrzywioną igłą.
- Nie. Zdecydowanie nie. Pamiętam jedynie to, czego uczono nas na zajęciach. - Odparł spokojnie i choć jego bogin raczej nie przybrałby postaci dementora, Kay wolał się trzymać od tych stworzeń z daleka. Bardzo daleka. Ciężko było nazwać dementora stworzeniem, a przynajmniej on by tej istoty do tej grupy nie podpiął. Zjawa, zmora, duch, strach, widmo... To już prędzej. Od kiedy jednak pamiętał, fascynowała go natura tych istot, ale to była taka fascynacja, jak pragnienie dostrzeżenia dnia ciemnej studni. Cokolwiek się tam kryło, zagubione złoto czy jedynie pustka, nie było to warte zanurkowania w nicość.
Nie zamówił żadnych ślimaków w cieście ani niczego, co przyprawiałoby turystów o mdłości. Pamiętając jednak słowa Laurenta o tym, że wielbicielem słodkości raczej nie był, zamówił coś bardziej stonowanego, choć za wielkiego wyboru nie miał — francuzi wprost uwielbiali słodkie śniadania.
Delacour zapomniał o świecie, który zostawił na parę dni za sobą. Choć może zapomniał to za dużo powiedziane, ale zasunął na chwilę materiał zasłony, by pozwolić barwom zatopić go w morzu. Nie dosłownie oczywiście, bo wolał pozostać bezpiecznie na statku, ale myśli jego i dusza spoczywały na unoszącej go tafli farb. Jedyną gorzką nutą było to, że po przyjemnych rozmowach i niewinnym flircie, trzeba było ugryźć się w język i połknąć słodycz, która cisnęła się na usta. Powstrzymać ją jakoś, choć tak bardzo pragnęła wydostać się na wolność. Jak kanarek w złotej klatce. Nie przeszkodziło mu to wcale w rozmowie, to prawda, ale sprawiło, że myśli zaczęły zadawać niefortunne pytania. Jakim to grzechem jest skosztowanie owocu, jeśli zakazem jest jedynie słowo? Komu dzieje się przy tym krzywda? W niektórych duch przekory tkwi za głęboko, żeby się go zwyczajnie wyzbyć.
Późnym wieczorem statek pustoszał. Łuna słońca znikała za horyzontem, a sen przychodził z łatwością, gdy morskie fale bujały kadłubem w jedną i drugą stronę. Kayden jednak śpiący nie był, bo to wprawdzie ani nie była jego pora, ani też nie czuł się znużony przez alkohol, który znikał ze szklanek i kieliszków wycieczkowiczów. Zresztą sam nie miał ochoty pić, bo cóż to za frajda, skoro trunek przelatuje jak przez ramię? Ano żadna. Swoją frajdę jednak znalazł w pustej bawialni, do której zawędrował jak ciągnięty za guzik przez nudę.
Nie potrafił grać na pianinie. Znaczy, ah, może inaczej... Nie uczono go grać na klawiszach. Wolał instrumenty strunowe i zdecydowanie pewniej czułby się ze smyczkiem w ręce, a muzyka płynęłaby sama, jak po falistym wybrzeżu. Na pianinie grywał tylko wtedy, kiedy nikogo nie było w rodzinnym salonie, a on zapragnął nagle usłyszeć dźwięk tak inny od wiolonczeli czy skrzypiec. Grał wtedy tylko jedną melodię, w kółko i w kółko, aż nie nauczył się jej na pamięć do pewnego stopnia... bo potem to już była katastrofa. Wszystkie te klawisze... a już na dwie ręce to w ogóle niemożliwość. Korzystając więc z tego, że był tu sam, usiadł przy pianinie z cichym westchnięciem i próbował sobie przypomnieć melodię, choć myliły mu się nuty i musiał zaczynać od początku. I tak w kółko i w kółko, mając nadzieję, że znudzi się na tyle, by w końcu pójść spać.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)