Nie był pewny, co właściwie mu się stało. Zanim stał się w pełni świadomy powrotu do tak dobrze znanej mu rzeczywistości, w głowie miał tylko jeden, a zarazem bardzo tajemniczy obraz. Wizja kobiety w średnim wieku, wpatrzonej w niego takim wzrokiem, jakby co najmniej twierdził, że był kosmitą. Nie wiedzieć czemu na jej widok czuł mieszaninę złości, współczucia i... ogromnych wyrzutów. Nie miał pojęcia, kim była, dlaczego w ogóle z nią rozmawiał, a nawet...
I wtedy odzyskał przytomność. Zamrugał parokrotnie, gdy zdał sobie sprawę, że leży w dosyć mało komfortowej pozycji na deskach statku. Mojego?, pomyślał tempo, starając się zebrać myśli do kupy. Wystarczyło jednak, że omiótł pokład spojrzeniem, a od razu uświadomił sobie, jak błędne było to założenie. A to więc sugerowało, że był na jakimś innym statku.
— Brenna! — Poderwał się automatycznie na równe nogi, gdy fala wspomnień z ostatnich... kilku minut... kilku godzin... dała o sobie znać. Perła Morza. Ledwo zdołali dostać się na pokład, a od razu coś się zaczęło dziać. — Brenna, gdzie ty...
Gorączkowo rozglądał się na prawo i lewo, starając się wypatrzeć jakikolwiek ślad po siostrze. Niepokojący obraz kobiety został na dobre wypchnięty z jego umysłu, niczym wspomnienie ze snu, które uciekało, gdy tylko człowiek orientował się, że został wyrwany z objęć Morfeusza. Zamiast tego miał teraz przed sobą dwie inne kobiety, za to o wiele lepiej mu znane.
Ledwo zdążył sięgnąć dłonią do ramienia Victorii, gdy rozległ się krzyk Geraldine. Wytrzeszczył na nią oczy, gdy ta podniosła na nich głos. Momentalnie sięgnął do pasa, co by upewnić się, że dalej miał przy sobie szpadę. Ostrze dalej z nim było, co poniekąd zapewniło mu lekkie poczucie bezpieczeństwa. Kolejne słowa Yaxley skutecznie zrównały z ziemią wszelkie mury jego komfortu.
— Jakie potwory? — syknął, przesuwając się bliżej blondynki. — To miała być misja poszukiwawcza, a nie... tępienie jakiegoś dzikiego robactwa! — Zerknął kątem oka na wybudzającą się ze snu Victorię. Westchnął cicho. — Ale tak, masz rację... Czego byśmy nie zrobili, powinniśmy zacząć od wyższych pokładów. Jeśli nie znajdziemy tego, co się to pałęta, to przynajmniej znajdziemy resztę.
Machnął ręką w stronę barierek, za którymi na powierzchni wody czekał ich oryginalny środek transportu.
— Może nas tu nie zostawili na pastwę losu — żachnął się, chociaż narzekał raczej dla samego aktu narzekania, niż rzeczywistych obaw. Bez względu na bezpieczeństwo siostra i kuzynki by go tutaj nie zostawiły. Chyba. To znaczy: na pewno. — Victoria? Jak... Jak ty się czujesz?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞