11.09.2023, 01:42 ✶
Florence zdarzało się przeczuwać, że ktoś z jej bliskich znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Nie było to częste, zwłaszcza zważywszy na charakter pracy ojca i braci. Nie była wybitnym jasnowidzem: skupiała się raczej na nauce leczenia i klątwołamania niż rozwijania zdolności związanych z Trzecim Okiem. Zwykle mogła zobaczyć jedynie to, co planowały osoby stojące przed nią. Zdarzyło się jednak kilkakrotnie, że mordercze intencje kogoś innego przesączyły się do jej snów czy sprawiły, że przed oczyma pojawiły się niepokojące obrazy.
To było coś innego.
Niczego nie widziała i przeklinała to, że nie mogła zobaczyć. Pod koniec dyżuru w Mungu poczuła po prostu, że Patrick jest w niebezpieczeństwie i uczucie to towarzyszyło jej przez kilkanaście dobrych minut, uniemożliwiając skupienie się na pracy. Posłała natychmiast sowę do jego rodzinnego domu, prosząc, by się z nią skontaktował, na wypadek gdyby był tam, a potem ledwo wybiła godzina, w której mogła wyjść, znalazła się w drzwiach kliniki, pewnie zadziwiając współpracowników - bo zwykle zostawała kwadrans, by uporządkować to i owo. Nie uspokoiła się nawet, kiedy już pod budynkiem przestała odczuwać to mdlące, paskudne uczucie i zaczęła myśleć jaśniej.
Wśród tych jaśniejszych myśli rozbrzmiewała na przykład taka, że Steward wcale nie musiał pojawić się tutaj. Mógł faktycznie wrócić do domu. Mógł trafić do Munga. Albo być w Ministerstwie jeszcze przez długie godziny. Może coś sobie uroiła i nic mu nie groziło. A jednak, stanęła pod jego drzwiami, może wiedziona przeczuciem jasnowidza, a może tylko nadzieją, że tu przyjdzie. I rzeczywiście - nie musiała nawet czekać długo.
Nieco mocniej zacisnęła palce na poręczy, przepełniona ulgą. Zmierzyła go spojrzeniem, skupiając je na dłuższą chwilę na brzuchu, gdzie dostrzegła rozerwane ubranie i czerwień krwi. Znów coś przewróciło się w jej żołądku, choć tym razem było to naturalne uczucie, nie podparte żadną magią: obawa o kogoś, kto był ci bliskiego i kogo właśnie widziałeś rannym. Cieszyła się, że był cały. Martwiła na myśl o tej ranie. I irytowała, bo gdzieś w głowie klątwołamaczki zaczęła kiełkować myśl, że coś jest nie tak. Ciężko jej było to zauważyć wcześniej: bo przecież jej uczucia wobec Patricka wcale nie zmieniły się diametralnie, nawet jeżeli magia pchała je w nieco innym kierunku. Teraz jednak...
- Witaj - powiedziała cicho. - Och, nie, chciałam tylko przyjrzeć się drzwiom - zapewniła, odsunęła się jednak natychmiast, chcąc dać mu dostęp do zamka. - Jak bardzo jesteś ranny? - zapytała cicho. Poprawiła na ramieniu torbę: nosiła w niej zwykle podstawowe eliksiry, tak było i tego dnia, i nie wątpiła już, że się przydadzą.
Nie było to częste, zwłaszcza zważywszy na charakter pracy ojca i braci. Nie była wybitnym jasnowidzem: skupiała się raczej na nauce leczenia i klątwołamania niż rozwijania zdolności związanych z Trzecim Okiem. Zwykle mogła zobaczyć jedynie to, co planowały osoby stojące przed nią. Zdarzyło się jednak kilkakrotnie, że mordercze intencje kogoś innego przesączyły się do jej snów czy sprawiły, że przed oczyma pojawiły się niepokojące obrazy.
To było coś innego.
Niczego nie widziała i przeklinała to, że nie mogła zobaczyć. Pod koniec dyżuru w Mungu poczuła po prostu, że Patrick jest w niebezpieczeństwie i uczucie to towarzyszyło jej przez kilkanaście dobrych minut, uniemożliwiając skupienie się na pracy. Posłała natychmiast sowę do jego rodzinnego domu, prosząc, by się z nią skontaktował, na wypadek gdyby był tam, a potem ledwo wybiła godzina, w której mogła wyjść, znalazła się w drzwiach kliniki, pewnie zadziwiając współpracowników - bo zwykle zostawała kwadrans, by uporządkować to i owo. Nie uspokoiła się nawet, kiedy już pod budynkiem przestała odczuwać to mdlące, paskudne uczucie i zaczęła myśleć jaśniej.
Wśród tych jaśniejszych myśli rozbrzmiewała na przykład taka, że Steward wcale nie musiał pojawić się tutaj. Mógł faktycznie wrócić do domu. Mógł trafić do Munga. Albo być w Ministerstwie jeszcze przez długie godziny. Może coś sobie uroiła i nic mu nie groziło. A jednak, stanęła pod jego drzwiami, może wiedziona przeczuciem jasnowidza, a może tylko nadzieją, że tu przyjdzie. I rzeczywiście - nie musiała nawet czekać długo.
Nieco mocniej zacisnęła palce na poręczy, przepełniona ulgą. Zmierzyła go spojrzeniem, skupiając je na dłuższą chwilę na brzuchu, gdzie dostrzegła rozerwane ubranie i czerwień krwi. Znów coś przewróciło się w jej żołądku, choć tym razem było to naturalne uczucie, nie podparte żadną magią: obawa o kogoś, kto był ci bliskiego i kogo właśnie widziałeś rannym. Cieszyła się, że był cały. Martwiła na myśl o tej ranie. I irytowała, bo gdzieś w głowie klątwołamaczki zaczęła kiełkować myśl, że coś jest nie tak. Ciężko jej było to zauważyć wcześniej: bo przecież jej uczucia wobec Patricka wcale nie zmieniły się diametralnie, nawet jeżeli magia pchała je w nieco innym kierunku. Teraz jednak...
- Witaj - powiedziała cicho. - Och, nie, chciałam tylko przyjrzeć się drzwiom - zapewniła, odsunęła się jednak natychmiast, chcąc dać mu dostęp do zamka. - Jak bardzo jesteś ranny? - zapytała cicho. Poprawiła na ramieniu torbę: nosiła w niej zwykle podstawowe eliksiry, tak było i tego dnia, i nie wątpiła już, że się przydadzą.