11.09.2023, 12:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2023, 12:12 przez Brenna Longbottom.)
- Sądzę, że do Hufflepuffu trafiają ci, którzy mają największe serca – sprostowała Brenna łagodnie, spoglądając na Norę. Ten Dom był w jej oczach traktowany jako najmniej prestiżowy, bo dobra natura nie była czymś, co przynosiło zwykle korzyści. I trudniej im było zdobywać Puchar Domów, gdy dla Krukonów tak bardzo liczyła się wiedza, z kolei tacy Gryfoni i Ślizgoni byli gotowi na naprawdę wiele na szkolnym boisku quidditcha.
– Tak sądzisz? Ja tak naprawdę lubię kartę Salazara. Zresztą… większość czystokrwistych ma go niemalże za boga, inni za potwora, a mnie wydaje się, że to musiało być dużo bardziej skomplikowane. Przecież gdyby pozostali Założycie go nie kochali, nie pracowaliby razem przez tyle lat. „Gryffindor i Slytherin, zgadzali się nawet w snach” – zacytowała Brenna w zamyśleniu, słowa z jednej z piosenek Tiary Przydziału. Jej przodek kiedyś, dawno temu, był jego przyjacielem. Oddałby pewnie za Salazara życie.
A potem ich drogi się rozeszły.
– Coś musiało go zmienić… albo coś musiało się przydarzyć – stwierdziła. Takie historie zawsze ją fascynowały. Lubiła baśnie. Lubiła legendy. I lubiła przeszłość, może jako widmowidz.
Co stało się, że do tego doprowadziło?
I prawie czuła tryby obracających się kół historii, opowieści powtarzającej się od nowa. Może to było głupie, ale to było jak powracające echo – jej własna niepewność wobec Victorii, którą przecież kochała, zdradziecka myśl, czy pewnego dnia Cynthia nie znajdzie się po drugiej stronie barykady, celując w nią różdżką. Może kiedyś, dawno temu, z tymi dwoma mężczyznami było bardzo podobnie.
– Hej, nie będę okradała z kart własnej chrześnicy – roześmiała się Brenna, wytrącona z nastroju pewnego zamyślenia. Posłała Norze pełne rozbawienia spojrzenie. – Zresztą, naprawdę myślisz, że nigdy się nie wymieniałyśmy?
Kąciki ust drgnęły jej lekko. Oczywiście, te wymiany były nierówne – dla Brenny głównie. Ale nie miała z tym problemu, wszak przez lata zgromadziła tak wiele powtórek, że ofiarowanie Mabel dwudziestu kart w zamian za tę jedną, której nie miała jakimś cudem, a pannie Figg się powtórzyła, nie było żadnym problemem, a raczej powodem do radości. Poza tym dzieciak przy okazji poznawał imiona i nazwiska znanych czarodziejów. Twórca talii czekoladowych żab zrobił dla historii magii na pewno dużo więcej niż profesor Binns.
– Dziękuję, jesteś najlepsza – oświadczyła. Wyciągnęła bombonierkę i przyglądała się przez chwilę jej kształtowi, a potem położyła ją na stoliku i sama zajrzała do środka torby. Kiwnęła głową z zadowoleniem, widząc bogatą dostawę. Po czym, rzecz jasna, sięgnęła po jedną z czekoladek. – Jestem bardzo rada, że tyle nowych mikstur nam tu wpada… – powiedziała i urwała. Zamrugała.
Była pewna, że zamierzała ująć to trochę inaczej…?
– Tak sądzisz? Ja tak naprawdę lubię kartę Salazara. Zresztą… większość czystokrwistych ma go niemalże za boga, inni za potwora, a mnie wydaje się, że to musiało być dużo bardziej skomplikowane. Przecież gdyby pozostali Założycie go nie kochali, nie pracowaliby razem przez tyle lat. „Gryffindor i Slytherin, zgadzali się nawet w snach” – zacytowała Brenna w zamyśleniu, słowa z jednej z piosenek Tiary Przydziału. Jej przodek kiedyś, dawno temu, był jego przyjacielem. Oddałby pewnie za Salazara życie.
A potem ich drogi się rozeszły.
– Coś musiało go zmienić… albo coś musiało się przydarzyć – stwierdziła. Takie historie zawsze ją fascynowały. Lubiła baśnie. Lubiła legendy. I lubiła przeszłość, może jako widmowidz.
Co stało się, że do tego doprowadziło?
I prawie czuła tryby obracających się kół historii, opowieści powtarzającej się od nowa. Może to było głupie, ale to było jak powracające echo – jej własna niepewność wobec Victorii, którą przecież kochała, zdradziecka myśl, czy pewnego dnia Cynthia nie znajdzie się po drugiej stronie barykady, celując w nią różdżką. Może kiedyś, dawno temu, z tymi dwoma mężczyznami było bardzo podobnie.
– Hej, nie będę okradała z kart własnej chrześnicy – roześmiała się Brenna, wytrącona z nastroju pewnego zamyślenia. Posłała Norze pełne rozbawienia spojrzenie. – Zresztą, naprawdę myślisz, że nigdy się nie wymieniałyśmy?
Kąciki ust drgnęły jej lekko. Oczywiście, te wymiany były nierówne – dla Brenny głównie. Ale nie miała z tym problemu, wszak przez lata zgromadziła tak wiele powtórek, że ofiarowanie Mabel dwudziestu kart w zamian za tę jedną, której nie miała jakimś cudem, a pannie Figg się powtórzyła, nie było żadnym problemem, a raczej powodem do radości. Poza tym dzieciak przy okazji poznawał imiona i nazwiska znanych czarodziejów. Twórca talii czekoladowych żab zrobił dla historii magii na pewno dużo więcej niż profesor Binns.
– Dziękuję, jesteś najlepsza – oświadczyła. Wyciągnęła bombonierkę i przyglądała się przez chwilę jej kształtowi, a potem położyła ją na stoliku i sama zajrzała do środka torby. Kiwnęła głową z zadowoleniem, widząc bogatą dostawę. Po czym, rzecz jasna, sięgnęła po jedną z czekoladek. – Jestem bardzo rada, że tyle nowych mikstur nam tu wpada… – powiedziała i urwała. Zamrugała.
Była pewna, że zamierzała ująć to trochę inaczej…?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.