Stanley miał wrażenie jakby został na tym statku sam. Jakby wszyscy pozostali zdołali już uciec, zniknąć, rozpłynąć się? Nie był pewien. Wiedział za to, że jego nawoływanie nie przynosi żadnego skutku. Nie ważne jak to niedorzecznie brzmiało ale w tej chwili ucieszyłby się nawet ze spotkania Brenny. Nigdy by się do tego przecież nie przyznał, chociaż w głębi duszy byłby wdzięczny, że ktoś tu jeszcze pozostał.
Snuł się przez krótką chwilę po piętrach kiedy to ponownie udawał się do pokoju Marianne. Może i nie przyprowadził, że sobą tego całego Jamesa ale nie bardzo się tym przejmował, wszak miał ważniejsze rzeczy do zrobienia w tym momencie. Powolnym, niepewnym krokiem zbliżał się kajuty Fawleyów. Zapewne dalej szedłby tym spokojnym krokiem, gdyby nie huk, który wcale, a wcale go nie zadowalał - Laurent?! Anthony?! - Borgin rzucił się do biegu, aby czym prędzej znaleźć się w środku pomieszczenia. Po pierwsze był to znak, że ktoś tam jest, a po drugie dźwięk rozbijanego szkła nigdy nie wróży nic dobrego.
- C-Coo jest... - zwrócił się w ich kierunku kiedy stanął w drzwiach wejściowych i zobaczył jak kuzyn przesuwa sobie kawałkiem szkła po nadgarstku - Co wy robicie... - zapytał, próbując pojąć co to za rytuał się rytuał odprawiał. Nie było mu dane zbyt długo się nad tym zastanawiać, ponieważ podszedł Prewett, który też chyba chciał pójść w ślady komornika albo może zrobić krzywdę Stanleyowi? - Laurent... - odparł, wyciągając ręce w jego kierunku jakby chciał mieć możliwość obrony przed nim. Na całe szczęście zrozumiał co ten mu chciał przekazać i że to chyba jedyna szansa, a na pewno jedyna na którą w tym momencie wpadli.
- Daj to - wyciągnął dłoń w do kumpla z Hogwartu, odbierając mu to co akurat trzymał w dłoni. Widział pewnego rodzaju zawahanie w jego czynach, chociaż nie był pewien czy dobrze interpretuje to co widział. W tym momencie nie był już pewien niczego.
Z kawałkiem szkła w prawej dłoni zaczął się przyglądać swojemu lewemu nadgarstkowi. A więc to mamy zrobić? Ciężko westchnął, nie odrywając wzroku od jakże ciekawej dłoni. Zanim jednak przystąpił do działania, odłożył na chwilę prowizoryczne ostrze, a następnie urwał rękawy od swojej koszuli z obydwóch stron na wszelki wypadek. Stanley chciał mieć możliwość reakcji gdyby okazało się, że to nie bardzo było tym czego potrzebowali, a trzy krwawiące ręce to ostatnie czego potrzebowali tego dnia. Odłożył dwa równie prowizoryczne bandaże - a może opaski uciskowe bardziej - do kieszeni, wracając do tego co zaczął. Ponownie chwycił za kawałek szkła, zbliżył go do nadgarstka i sprawnym, lecz powolnym ruchem zrobił nacięcie zgodnie z tym co zostało mu przekazane. Nie chciał, aby było zbyt głębokie, wszak nie miał zamiaru się tutaj wykrwawić.
- Dasz radę - starał się dodać Laurentowi otuchy, nie odrywając wzroku od swojej nowo nabytej rany. Przyglądał jej się z pewnego rodzaju fascynacją w oczach. Tak mam zakończyć swój żywot? Zastanawiał się przez krótką chwilę, podchodząc do Prewetta - Uważaj - ostrzegł go, po chwili łapiąc za rękę, którą miał rozciąć i swój nadgarstek. Borgin nie chciał, aby przez jego trzęsące się dłonie był więcej szkody, niż pożytku dlatego postanowił mu pomóc - miał zamiar sprawić, aby cięcie był sprawne i jednolite. Jeden ruch w tę czy we wte i mógł mieć przecież szramę na całe przedramię .
- Ahhh... - syknął z bólu, spoglądając na pozostałą dwójkę i Marianne - Dobra... Co jeżeli to nie zadziała? - zapytał podchodząc bliżej dziewczyny - Może trzeba jakoś sprawić, aby jej serce zaczęło bić szybciej? - zaproponował, rzucając wolną myśl - Yyy... A gdzie jest w ogóle jej matka? - zdziwił się kiedy doszło do niego, że przecież była tu wcześniej Persefona. O ile początkowo zignorował ten fakt, tak teraz zaczął się zastanawiać.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972