11.09.2023, 23:11 ✶
Wczesne pobudki nigdy nie były Brennie obce. Nigdy nie sypiała wiele, bo było jej szkoda dnia, a od początków wojny czas snu skracał się powoli, ale systematycznie, by w ostatnim miesiącu zostać ograniczony do niezbędnego minimum. Psy też robiły swoje i Brenna dość często witała razem z nimi świt na spacerze – chyba że akurat miała nockę w pracy i ktoś z innych domowników wyprowadzał tę hałastrę z rana.
Dwa wpadające do środka zwierzaki oraz kuzynka sprawiły, że przeszła ze snu do pełnej przytomności niemal natychmiast. Trzeci zwierzak – bo ten moment miał należeć do ich piątki, ponieważ Łatek tej nocy władował się na łóżko Brenny i przebudził, gdy jego dwóch „braci” przepuściło atak – nie był chyba pewny, co się dzieje, ale zaczął entuzjastycznie machać ogonem.
- Bogowie, spokój – roześmiała się, kiedy roztańczone łapy Gałgana wbiły się w jej podbrzusze i z pewnym trudem zepchnęła go z siebie. Ponurak, ten z psów, który zwykle trzymał się najbardziej na uboczu, zeskoczył z łóżka jako pierwszy, a Brenna wreszcie zdołała usiąść. Po jej ustach błąkał się uśmiech, kiedy śledziła spojrzeniem najpierw Bones, a potem skierowała wzrok na przyniesioną przez nią tacę.
– No proszę, kawa do łóżka? Jeszcze mnie nadmiernie rozpieścicie – oświadczyła i pogłaskała najpierw Łatka, a potem Gałgana.
Nie, nie zamierzała spędzać dnia w łóżku. Byli rodzice, brat, kuzynki, i przyjaciele i rzecz jasna nie było mowy, aby Brenna ich zignorowała – choć i z uwagi na okoliczności nawet nie przyszło jej do głowy robić jakiegoś przyjęcia i skupiać uwagi na sobie.
Poza tym, co zważyło jej na moment humor, tej nocy czekały je cztery godziny na Nokturnie. Chociaż Brenna szybko zepchnęła tę myśl na bok i znowu posłała uśmiech do Mavelle.
– Rozumiem, że spiskowałyście z Norą, co? – spytała, a w momencie, w którym to powiedziała…
Do okna podleciała sowa. Był to puchacz panny Figg, który upuścił pakunek na kolanach Brenny. Kiedy go otworzyła, odkryła w środku wielki, tęczowy tort, który zaczął… śpiewać. Brenna znów wybuchła śmiechem.
– W tym też czuję rękę Nory – oświadczyła, sięgając po karteczkę. I cóż, nie pomyliła się.
Dwa wpadające do środka zwierzaki oraz kuzynka sprawiły, że przeszła ze snu do pełnej przytomności niemal natychmiast. Trzeci zwierzak – bo ten moment miał należeć do ich piątki, ponieważ Łatek tej nocy władował się na łóżko Brenny i przebudził, gdy jego dwóch „braci” przepuściło atak – nie był chyba pewny, co się dzieje, ale zaczął entuzjastycznie machać ogonem.
- Bogowie, spokój – roześmiała się, kiedy roztańczone łapy Gałgana wbiły się w jej podbrzusze i z pewnym trudem zepchnęła go z siebie. Ponurak, ten z psów, który zwykle trzymał się najbardziej na uboczu, zeskoczył z łóżka jako pierwszy, a Brenna wreszcie zdołała usiąść. Po jej ustach błąkał się uśmiech, kiedy śledziła spojrzeniem najpierw Bones, a potem skierowała wzrok na przyniesioną przez nią tacę.
– No proszę, kawa do łóżka? Jeszcze mnie nadmiernie rozpieścicie – oświadczyła i pogłaskała najpierw Łatka, a potem Gałgana.
Nie, nie zamierzała spędzać dnia w łóżku. Byli rodzice, brat, kuzynki, i przyjaciele i rzecz jasna nie było mowy, aby Brenna ich zignorowała – choć i z uwagi na okoliczności nawet nie przyszło jej do głowy robić jakiegoś przyjęcia i skupiać uwagi na sobie.
Poza tym, co zważyło jej na moment humor, tej nocy czekały je cztery godziny na Nokturnie. Chociaż Brenna szybko zepchnęła tę myśl na bok i znowu posłała uśmiech do Mavelle.
– Rozumiem, że spiskowałyście z Norą, co? – spytała, a w momencie, w którym to powiedziała…
Do okna podleciała sowa. Był to puchacz panny Figg, który upuścił pakunek na kolanach Brenny. Kiedy go otworzyła, odkryła w środku wielki, tęczowy tort, który zaczął… śpiewać. Brenna znów wybuchła śmiechem.
– W tym też czuję rękę Nory – oświadczyła, sięgając po karteczkę. I cóż, nie pomyliła się.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.