11.09.2023, 23:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2023, 23:33 przez Mavelle Bones.)
- … i pajęczyny – dorzuciła wielce rozbawionym tonem. Piwnica, nietoperze, trumna – więc nie mogło obyć się bez pajęczyn i pająków! Najlepiej jakichś takich większych, potrafiących utkać porządne sieci, a nie jakieś popierdółeczki, które dało się zgarnąć jedynie miotełką do kurzu i nawet się ich nie zauważało.
Tak, dwie rozchichotane kobiety na środku Nokturnu. W nocy. Widok dość niecodzienny, każący zadać sobie pytanie – czy miały nierówno pod sufitem czy też może po prostu się naćpały bądź wypiły zbyt wiele w jednym z barów. Choć… krok na to miały zbyt pewny, zbyt równy. Wariatki, ni chybi!
I jednocześnie wariatki, które miały sporo szczęścia – bo równie dobrze to nie Atreus mógł do nich podejść, tylko napaść jakiś typ spod ciemnej gwiazdy (o ile by jednak doszedł do wniosku, że to mu się nie kalkuluje, oczywiście); niemniej Bulstrode bardzo szybko przekonał się, że w niego wymierzone są nie jedna, a dwie różdżki.
A potem Mavelle zdurniała do cna.
Wiedziała, że Brenna się z nikim nie spotykała i generalnie nie spotyka – chyba że to ukrywała? Po co? Dlaczego? Jak, jak długo, KIEDY?! Nie, to nie miało sensu; prędzej by słońce wzeszło na zachodzie a Mavelle ogłuszyła Alka maczugą i zaciągnęła przed ołtarz niż Longbottom wykazałaby większe zainteresowanie kimkolwiek.
Zwłaszcza teraz, gdy znajdowali się w stanie wojny, a ręce dosłownie miała pełne roboty – nie tylko jako Brygadzistka, ale i członkini Zakonu. Trudne czasy zbierały swoje żniwo – po prostu to raczej nie był najlepszy czas na pielęgnowanie takich relacji, zwłaszcza gdy z tyłu głowy się miało, że w najgorszym razie… no właśnie.
Ogłupiała, przenosiła spojrzenie pomiędzy aurorem a siostrą, nie rozumiejąc ni w ząb z prowadzonej przez nich dyskusji. Różdżka w końcu powoli opadła, skoro ten raczej nie stanowił zagrożenia (raczej, ale nie na pewno – dlatego jej nie schowała… tak na wszelki wypadek). Już-już otwierała usta, jakby chciała się wtrącić – ale poczuła uścisk dłoni.
Później.
Tak, później – to jest bardzo dużo pytań i bardzo dużo wyjaśniania, zdecydowanie. Dlatego ostatecznie się nie odezwała, nie wtrąciła pomiędzy nich (mhm, Brennie lepiej nie wchodzić czasem w drogę, nawet kiedy było się jej siostrą), dopiero na samym końcu, gdy została pociągnięta (ciągle w kółko to samo i nie, nie narzekała na to), rzuciła po ostatnich słowach kuzynki, ocknąwszy się wreszcie z niemożebnego zdziwienia:
- Naprawdę nie chcesz, żebyśmy się spóźniły na patrol, uwierz mi.
Bo wtedy już nie tylko jedna kobieta będzie wkurzona, a dwie. A nawet i więcej osób – bo to nie tak, że ten konkretny patrol to sobie wymyśliły, prawda?
Tak, dwie rozchichotane kobiety na środku Nokturnu. W nocy. Widok dość niecodzienny, każący zadać sobie pytanie – czy miały nierówno pod sufitem czy też może po prostu się naćpały bądź wypiły zbyt wiele w jednym z barów. Choć… krok na to miały zbyt pewny, zbyt równy. Wariatki, ni chybi!
I jednocześnie wariatki, które miały sporo szczęścia – bo równie dobrze to nie Atreus mógł do nich podejść, tylko napaść jakiś typ spod ciemnej gwiazdy (o ile by jednak doszedł do wniosku, że to mu się nie kalkuluje, oczywiście); niemniej Bulstrode bardzo szybko przekonał się, że w niego wymierzone są nie jedna, a dwie różdżki.
A potem Mavelle zdurniała do cna.
Wiedziała, że Brenna się z nikim nie spotykała i generalnie nie spotyka – chyba że to ukrywała? Po co? Dlaczego? Jak, jak długo, KIEDY?! Nie, to nie miało sensu; prędzej by słońce wzeszło na zachodzie a Mavelle ogłuszyła Alka maczugą i zaciągnęła przed ołtarz niż Longbottom wykazałaby większe zainteresowanie kimkolwiek.
Zwłaszcza teraz, gdy znajdowali się w stanie wojny, a ręce dosłownie miała pełne roboty – nie tylko jako Brygadzistka, ale i członkini Zakonu. Trudne czasy zbierały swoje żniwo – po prostu to raczej nie był najlepszy czas na pielęgnowanie takich relacji, zwłaszcza gdy z tyłu głowy się miało, że w najgorszym razie… no właśnie.
Ogłupiała, przenosiła spojrzenie pomiędzy aurorem a siostrą, nie rozumiejąc ni w ząb z prowadzonej przez nich dyskusji. Różdżka w końcu powoli opadła, skoro ten raczej nie stanowił zagrożenia (raczej, ale nie na pewno – dlatego jej nie schowała… tak na wszelki wypadek). Już-już otwierała usta, jakby chciała się wtrącić – ale poczuła uścisk dłoni.
Później.
Tak, później – to jest bardzo dużo pytań i bardzo dużo wyjaśniania, zdecydowanie. Dlatego ostatecznie się nie odezwała, nie wtrąciła pomiędzy nich (mhm, Brennie lepiej nie wchodzić czasem w drogę, nawet kiedy było się jej siostrą), dopiero na samym końcu, gdy została pociągnięta (ciągle w kółko to samo i nie, nie narzekała na to), rzuciła po ostatnich słowach kuzynki, ocknąwszy się wreszcie z niemożebnego zdziwienia:
- Naprawdę nie chcesz, żebyśmy się spóźniły na patrol, uwierz mi.
Bo wtedy już nie tylko jedna kobieta będzie wkurzona, a dwie. A nawet i więcej osób – bo to nie tak, że ten konkretny patrol to sobie wymyśliły, prawda?