12.09.2023, 01:20 ✶
Patrick za to nie miał najmniejszego pojęcia, że cokolwiek w jego uczuciach wobec Florence mogło być podyktowane jakąś magią. Tak, myślał o niej częściej niż wcześniej, ale też… więcej niż wcześniej ich łączyło, przynajmniej w jego głowie. Kiedyś, po prostu spotykali się od czasu do czasu, gdy pojawiał się w Świętym Mungo, ciągnąc ze sobą jakiegoś poranionego czarodzieja lub samemu będąc poranionym. Ale to kiedyś – w jego oczach – zaczęło się zmieniać po śmierci Clare. Wtedy zaczął, źle to brzmiało, ale doceniać Florence. Doceniać to, że była stała, spokojna i miała silny charakter. Zaczął doceniać jej lojalność i zdolność do zachowywania się tak, jak trzeba, a im dłużej, mimowolnie, zestawiał sobie w głowie Clare i Florence, tym częściej widział na ilu polach Clare musiała ustępować jej miejsca. Ach, no i Florence nie podcięłaby sobie żył w wannie, by udowodnić mu, że skoro nie chciał być jej kochankiem to nie będzie mógł być dalekim znajomym.
Ale teraz był po prostu zmęczony i poturbowany. A widok uzdrowicielki go w tym samym stopniu zawstydzał co cieszył.
- Chyba nie jest aż tak źle – odpowiedział jej cicho, przekręcając klucz w zamku. Otworzył drzwi i wpuścił przodem Florence.
Kawalerka, którą wynajmował składała się z niewielkiego korytarzyka, mikroskopijnej kuchni, łazienki i dużego pokoju, który jednocześnie był sypialnią, salonem i biurem. Wszędzie panował lekki nieporządek.
- Czuj się jak u siebie – mruknął, poniewczasie zdając sobie sprawę, że w dużym pokoju miał bardzo udaną podobiznę uzdrowicielki.
Obraz, na którym ją uwiecznił był duży, teraz częściowo osłonięty dodatkowym płótnem. Właściwie to nawet ogromny. Solidne dwa i pół metra wysokości na cztery szerokości. Przedstawiał… właściwie trudno było na pierwszy rzut oka ocenić co właściwie przedstawiał. Był zlepkiem różnych pomniejszych obrazków, niektórych tak małych, że należało dotknąć nosem płótna by pojąć, że w oczach narysowanej postaci skrywał się kolejny rysunek, jak kolejny fragment historii. Na ten moment zakończony był mniej więcej w połowie, ale widać było różne poprawki. Niektóre części zostały przemalowane a przy innych, na zaschłej już farbie widać było szkic czegoś nowego. Kobieta w wianku na głowie – niepokojąco przypominająca Florence – zasłaniała ręką usta a znajdujące się za nią płomienie ogniska już zaczynały przygasać, polewane wylewającą się z nieba wodą, jakby scena rozgrywała się na gładkiej tafli jeziora a zamiast księżyca, na niebie górował pulsujący mocą i wydzielający ostrą energię kamień.
Poza obrazem, w dużym pokoju było sporej wielkości łóżko. Obecnie niestarannie zasłane, z dodatkową porcją koców i kikoma nadprogramowymi poduszkami. Był też fotel z leżącą na nim bluzą polarową. Zamknięta szafa. Niewielki stolik i dwa krzesła (jak pseudo jadalnia) oraz sporo pędzli, słoiczków, tub, węgli, arkuszy papieru, płótna i mnóstwo najróżniejszych tubek z farbami.
- Chyba najpierw powinienem się wykąpać? – zapytał Patrick.
Ściągnął przez głowę dziurawą bluzę wraz z podkoszulkiem. To nie tak, że robił przed nią striptiz. Była uzdrowicielką. Naoglądała się już w życiu klatek piersiowych.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Ale teraz był po prostu zmęczony i poturbowany. A widok uzdrowicielki go w tym samym stopniu zawstydzał co cieszył.
- Chyba nie jest aż tak źle – odpowiedział jej cicho, przekręcając klucz w zamku. Otworzył drzwi i wpuścił przodem Florence.
Kawalerka, którą wynajmował składała się z niewielkiego korytarzyka, mikroskopijnej kuchni, łazienki i dużego pokoju, który jednocześnie był sypialnią, salonem i biurem. Wszędzie panował lekki nieporządek.
- Czuj się jak u siebie – mruknął, poniewczasie zdając sobie sprawę, że w dużym pokoju miał bardzo udaną podobiznę uzdrowicielki.
Obraz, na którym ją uwiecznił był duży, teraz częściowo osłonięty dodatkowym płótnem. Właściwie to nawet ogromny. Solidne dwa i pół metra wysokości na cztery szerokości. Przedstawiał… właściwie trudno było na pierwszy rzut oka ocenić co właściwie przedstawiał. Był zlepkiem różnych pomniejszych obrazków, niektórych tak małych, że należało dotknąć nosem płótna by pojąć, że w oczach narysowanej postaci skrywał się kolejny rysunek, jak kolejny fragment historii. Na ten moment zakończony był mniej więcej w połowie, ale widać było różne poprawki. Niektóre części zostały przemalowane a przy innych, na zaschłej już farbie widać było szkic czegoś nowego. Kobieta w wianku na głowie – niepokojąco przypominająca Florence – zasłaniała ręką usta a znajdujące się za nią płomienie ogniska już zaczynały przygasać, polewane wylewającą się z nieba wodą, jakby scena rozgrywała się na gładkiej tafli jeziora a zamiast księżyca, na niebie górował pulsujący mocą i wydzielający ostrą energię kamień.
Poza obrazem, w dużym pokoju było sporej wielkości łóżko. Obecnie niestarannie zasłane, z dodatkową porcją koców i kikoma nadprogramowymi poduszkami. Był też fotel z leżącą na nim bluzą polarową. Zamknięta szafa. Niewielki stolik i dwa krzesła (jak pseudo jadalnia) oraz sporo pędzli, słoiczków, tub, węgli, arkuszy papieru, płótna i mnóstwo najróżniejszych tubek z farbami.
- Chyba najpierw powinienem się wykąpać? – zapytał Patrick.
Ściągnął przez głowę dziurawą bluzę wraz z podkoszulkiem. To nie tak, że robił przed nią striptiz. Była uzdrowicielką. Naoglądała się już w życiu klatek piersiowych.
Jak źle wygląda rana na brzuchu Patricka?
Rzut 1d100 - 76