12.09.2023, 01:59 ✶
Florence też nie miała okazji zaobserwować diametralnych zmian w swoich uczuciach wobec Patricka. Zawsze kochała go w pewien sposób, i może nawet pokochałaby i w inny, gdyby nie dostrzegła wciąż przy nim cienia Clare – a to, że nie był czystokrwistym, nie miałoby znaczenia przy kimś tak straszliwie upartym, jak Florence Bulstrode. W przypadku tej relacji zmiana istniała, ale była na tyle subtelna, że początkowo uzdrowicielka nie zauważała jej nienaturalności.
Ale dziś wkradło się w to wszystko coś jeszcze, zaś doświadczenie oraz wiedza podpowiadały Florence myśl, że to może być magia.
I kiedy wsunęła się do mieszkania Patricka, a pierwszym, co zobaczyła, był przedziwny obraz, z którego patrzyła twarz tak bardzo podobna do jej twarzy, pomyślała, że chyba ma rację. Zamarła na krótką chwilę, przyglądając się portretowi, ale zaraz odwróciła się do Stewarda, bo w tej chwili najpilniejszą sprawą były jego rany.
– Bardzo ładny. Pomógł uporządkować myśli? – powiedziała. Kolejne słowa, jakie miały paść z jej ust, to było „A teraz się rozbieraj”, ale Patrick sam wpadł na to, aby zdjąć bluzę. Nie, nie potraktowała tego jako striptizu, bo była uzdrowicielką. Widziała już wszelkiego rodzaju ciała – piękne, szpetne i normalne. Grubych, chudych, niskich, wysokich, starych i młodych, pokrytych pryszczami, a niekiedy także magicznymi naroślami, czarnymi plamami, i gdyby nawet kiedykolwiek należała do osób wstydliwych, to już dawno wyleczyłaby się z tej wstydliwości.
Na widok rany pobladła trochę, co było osiągnięciem, zważywszy na to, że była blada z natury.
– Tylko jeżeli chcesz zemdleć w łazience – odparła, bo mogła ta rana nie była śmiertelna, ale już bardzo paskudna owszem, a ciepła woda otworzyłaby to, co zdążyło się już zasklepiać. Co gorsza… było blisko. Naprawdę blisko, a przynajmniej tak to wyglądało. – Siadaj, proszę – powiedziała łagodnym tonem. Nie pytała, co go tak urządziło. Potrafiła powiedzieć sama. Na podstawie doświadczenia, ale i tego, co zobaczyła tamtego dnia na plaży. A nawet gdyby nie wiedziała… Była córką i siostrą aurorów.
Zdawała sobie sprawę z tego, że pewnych rzeczy po prostu nie mogą jej powiedzieć.
Ściągnęła torbę z ramienia i położyła ją w pierwszym miejscu, które się do tego nadawało, a potem sięgnęła do jednej z przegródek. Oczywiście, w torbie Florence panował nienaganny porządek, szybko więc wyłowiła fiolkę eliksiru oczyszczającego rany. Był znacznie skuteczniejszy niż woda. A chwilę później drugą, z wiggenowym. Podeszła do Stewarda i wręczyła mu jedną z fiolek.
– Wypijesz ją, kiedy tylko skończę oczyszczać ranę. Przez chwilę zapiecze – powiedziała, pochylając się ku niemu z drugą miksturą, by za jej pomocą zająć się oczyszczaniem rany przed zaleczaniem. Chwilowo nie zwracała uwagi na całą tę krew i brud: to prawda, nie cierpiała ich, ale była magomedyczką i musiała jakoś to znosić.
Ale dziś wkradło się w to wszystko coś jeszcze, zaś doświadczenie oraz wiedza podpowiadały Florence myśl, że to może być magia.
I kiedy wsunęła się do mieszkania Patricka, a pierwszym, co zobaczyła, był przedziwny obraz, z którego patrzyła twarz tak bardzo podobna do jej twarzy, pomyślała, że chyba ma rację. Zamarła na krótką chwilę, przyglądając się portretowi, ale zaraz odwróciła się do Stewarda, bo w tej chwili najpilniejszą sprawą były jego rany.
– Bardzo ładny. Pomógł uporządkować myśli? – powiedziała. Kolejne słowa, jakie miały paść z jej ust, to było „A teraz się rozbieraj”, ale Patrick sam wpadł na to, aby zdjąć bluzę. Nie, nie potraktowała tego jako striptizu, bo była uzdrowicielką. Widziała już wszelkiego rodzaju ciała – piękne, szpetne i normalne. Grubych, chudych, niskich, wysokich, starych i młodych, pokrytych pryszczami, a niekiedy także magicznymi naroślami, czarnymi plamami, i gdyby nawet kiedykolwiek należała do osób wstydliwych, to już dawno wyleczyłaby się z tej wstydliwości.
Na widok rany pobladła trochę, co było osiągnięciem, zważywszy na to, że była blada z natury.
– Tylko jeżeli chcesz zemdleć w łazience – odparła, bo mogła ta rana nie była śmiertelna, ale już bardzo paskudna owszem, a ciepła woda otworzyłaby to, co zdążyło się już zasklepiać. Co gorsza… było blisko. Naprawdę blisko, a przynajmniej tak to wyglądało. – Siadaj, proszę – powiedziała łagodnym tonem. Nie pytała, co go tak urządziło. Potrafiła powiedzieć sama. Na podstawie doświadczenia, ale i tego, co zobaczyła tamtego dnia na plaży. A nawet gdyby nie wiedziała… Była córką i siostrą aurorów.
Zdawała sobie sprawę z tego, że pewnych rzeczy po prostu nie mogą jej powiedzieć.
Ściągnęła torbę z ramienia i położyła ją w pierwszym miejscu, które się do tego nadawało, a potem sięgnęła do jednej z przegródek. Oczywiście, w torbie Florence panował nienaganny porządek, szybko więc wyłowiła fiolkę eliksiru oczyszczającego rany. Był znacznie skuteczniejszy niż woda. A chwilę później drugą, z wiggenowym. Podeszła do Stewarda i wręczyła mu jedną z fiolek.
– Wypijesz ją, kiedy tylko skończę oczyszczać ranę. Przez chwilę zapiecze – powiedziała, pochylając się ku niemu z drugą miksturą, by za jej pomocą zająć się oczyszczaniem rany przed zaleczaniem. Chwilowo nie zwracała uwagi na całą tę krew i brud: to prawda, nie cierpiała ich, ale była magomedyczką i musiała jakoś to znosić.