Wyłamanie się oznaczało złamanie. Tutaj reputacja była wszystkim - łykałeś ją wraz z łykiem matki, potem z kaszą, której nie chciałeś jeść, ale nie umiałeś jeszcze artykułować słów i mogłeś tylko ze złością zrzucić miseczkę ze stołu. Pojawiał się krzyk, niezadowolenie i karmili cię dalej, uparcie. Masz jeść. Rosnąć. I rosnąć karmiony tymi przekonaniami, że to rodzina ma rację. Potem pożerałeś to w kanapkach i wypijałeś wraz z herbatą, która w końcu zamieniała się w kawę i tak piłeś dalej. Na samym końcu swojego życia mogłeś już pić tylko wodę i umierałeś myśląc, że od pierwszego łyku mleka matki po ostatnią kroplę tej wody ze szklanki właściwie nic się nie zmieniło. Zawsze to samo przekłamanie, piękne uśmiechy i słodkie słówka słane w różnych kierunkach, żeby kogoś zadowolić, a w innych ugryzienie jadu, żeby kogoś od siebie odepchnąć, kto już nie był ci potrzebny. A sekrety? Skarby na dnie oceanu, czy Puszka Pandory schowana pod łóżkiem, pod wybitymi deseczkami, żeby nie znaleźć jej tak łatwo. Trwały, zbierały kurz, a wraz z kurzem nabierały na ciężarze. Czasem ta skrzyneczka puchła do takich rozmiarów, że nie dało się jej już wyciągnąć. Ale to chyba nie byłoby w stylu Nicholasa, prawda? Jego zapomniany schowek dla świata parzyłby odważnych swoich zimnem - odważnych lub zwyczajnie głupich, skoro sądzili, że mogliby grzebać w jego życiu zupełnie bezkarnie.
- Opowiedzieć ci? - Zapytał zupełnie niezrażony jego tonem, jego spojrzeniem, jakby w ogóle nie dostrzegał tego chłodu. Ale przecież widział. Widział bardzo wyraźnie, bo w jego świecie wręcz stąpał teraz po zimnym puchu. Jego jednak ten puch nie mroził, nie parzył, nie odstraszał. Przysiadł się obok Nicholasa, opierając na kanapie dłońmi, usadawiając się do niego półprofilem. Tylko na moment jego uwaga została skupiona zamiast na nim to na stoliku, gdzie stała lampka z winem. Nie czuł jednak jego zapachu. Czuł tylko przyjemną woń sosny i w krótkich chwilach resztki wywietrzałych po całym dniu perfum Nicholasa - szczególnie wcześniej, kiedy ten ściągał z siebie dodatkową warstwę ubrań a jego dłonie błądziły przy krawacie. Jaki to smutny świat. Uśmiech rozpłynął się z jego twarzy, kiedy jego serce, prócz tej potrzeby, żeby zostać dotkniętym, nawiedziło to smutne ukłucie, którego nie chciał i o którym nie chciał pamiętać. Jaki to smutny i zimny świat, w którym nie było uśmiechu, nie było ciepła - tylko wieczna zima, w jakiej teraz tonął, zatapiając się razem z Nicholasem. Choć z ich dwójki tylko on to przeżywał. I nawet bez dodatków płynących w jego krwi byłoby mu tak samo przykro. Jak chyba zawsze, kiedy spotykał się z takimi ludźmi. Różnica polegała na tym, że wtedy się ich bał. Nie był bezmyślnym wojownikiem o lepsze jutro, przynajmniej sam chciał w to wierzyć. Miał instynkt, wiedział, że niektórych ludzi po prostu trzeba się bać, bo są w stanie cię naprawdę skrzywdzić. Lukrecja naprawdę bał się bólu. - Jakie to smutne... nie chcieć dojrzeć barw tego świata. - Odpowiedział na jego pytanie, choć w zasadzie to nie była odpowiedź. Bardziej spostrzeżenie tego dotyczące. Ale tym razem się trochę opamiętał. - Dlaczego miałbyś chcieć? Dla ciebie to zbroja, by zupełnie nic w tym świecie nie bolało. - Ludzie rodzili się różni - niektórzy byli naprawdę biedni w tych narodzinach. Nie doświadczyli domowego ciepła, nie doświadczyli miłości. I tak budowało się ich zimno. Tak, nie byli wtedy chłopcem z lusterkiem w oku - byli taką Królową czy Królem Zimy. To oni rozsypywali wtedy te szkła do oczu innych.
W końcu się pojawił - wyczekiwany dotyk. Laurent aż lekko zadrżał i otworzył szerzej oczy w oczekiwaniu. Zatopił się w niebieskich oczach naprzeciwko siebie tymi swoimi, z nienaturalnie powiększonymi źrenicami. I znów się uśmiechnął z sympatią, całkowicie szczerze.
- Jesteś kolejną osobą, która mi mówi, że jestem poetą. A ja jestem po prostu sobą. - Bardzo go to rozbawiło, kiedy tak o tym pomyślał. No bo - jaki poeta? Nigdy nie tworzył wierszy, nie uważał, żeby potrafił też wspaniale pisać. Chciał tylko, żeby ludzie doświadczyli czegoś przyjemnego, żeby zobaczyli te kolory, które widział on. I bardzo się starał im to przekazać. Dlaczego od razu poeta, co za głupotki! Kiwnął natomiast jednocześnie głową na drugą część tego pytania, nie uciekając przed palcami Nicholasa. Ba! Wręcz uniósł swoje dłonie, żeby jego dłoń złapać i przytulić do niej. - Kiedy się budzę chciałbym przestać... ale nie chcę przestawać... - Westchnął, wypowiadając te słowa z jakimś rozmarzeniem, kiedy jego palce, delikatnie jak dotyk motylich skrzydeł, muskały dłoń nieznajomego blondyna.