12.09.2023, 15:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.09.2023, 15:29 przez Brenna Longbottom.)
To nie był dobry czas. Dla nikogo, a zwłaszcza dla mieszkańców Doliny – po tragedii na Polanie, po nawałnicy wznieconej przez magię, po widmach, szalejących w Kniei. Brenna miotała się w maju bardziej niż kiedykolwiek, z jednej strony próbując ogarniać bałagan po święcie, z drugiej sprawę widm, z trzeciej sprawy, które na nią spadły pod nieobecność Heather, a była jeszcze rodzina, przyjaciele, wspomnienia w umyśle Mavelle, morderca ze snów, żałoba i szepty ogni Beltane mieszające w głowie…
Ale mimo tego wszystkiego, gdy zawędrowała na miejsce, już z daleka uniosła rękę, by pomachać Ashling, a na ustach miała szeroki uśmiech. I szła jak zawsze szybko, jakby bardzo spieszyła się tam, gdzie chciała dotrzeć, chociaż nie była nawet blisko spóźnienia się na godzinę spotkania.
- Cześć, Ash, cieszę się, że cię widzę, już ostatnio zaczęłam mieć wrażenie, że Alek w jakiejś swojej paranoi zamknął cię w którejś dziupli czy coś takiego, żebyś pilnowała, czy nie pojawią się pod nią śmierciercy albo coś – zażartowała, chociaż to, że ostatnio rzadziej na siebie wpadały było zapewne głównie podyktowane tym, że wszyscy byli w pędzie. Pracowym, zakonnym oraz prywatnym.
Nie usiadła na ławce, zamiast tego rozsiadając się naprzeciwko Greyback, na trawie. Zadarła nieco głowę, aby spojrzeć Ashling w twarz. Od ostatniego spotkania zmieniło się w niej tyle, że włosy miała trochę krótsze – pamiątka przypalenia podczas Beltane. Może była trochę bledsza czy chudsza, ale to były bardzo drobne zmiany, trudne do wyłapania. A sama teraz patrzyła… Chcąc wyłapać, czy podobne nie zaszły w Ashling.
Bo gdyby to było towarzyskie spotkanie, pewnie ta wybrałaby to miejsce. Mimo wesołego tonu, Brenna zastanawiała się, czy coś się nie stało. Nie miała pojęcia, czym ta się chciała podzielić – chociaż jeżeli się na to zdecydowała, to trudno było wybrać lepiej. Brat Brenny od lat był wilkołakiem, a ona stała u jego boku, gotowa własne, wilcze kły wbić w każdego, kto spróbowałby z tego powodu go atakować. Do licha to dla niego stała się animagiem.
– Mogę ci jakoś pomóc? – spytała wprost, chociaż przyjazny uśmiech wciąż błąkał się jej po wargach.
Ale mimo tego wszystkiego, gdy zawędrowała na miejsce, już z daleka uniosła rękę, by pomachać Ashling, a na ustach miała szeroki uśmiech. I szła jak zawsze szybko, jakby bardzo spieszyła się tam, gdzie chciała dotrzeć, chociaż nie była nawet blisko spóźnienia się na godzinę spotkania.
- Cześć, Ash, cieszę się, że cię widzę, już ostatnio zaczęłam mieć wrażenie, że Alek w jakiejś swojej paranoi zamknął cię w którejś dziupli czy coś takiego, żebyś pilnowała, czy nie pojawią się pod nią śmierciercy albo coś – zażartowała, chociaż to, że ostatnio rzadziej na siebie wpadały było zapewne głównie podyktowane tym, że wszyscy byli w pędzie. Pracowym, zakonnym oraz prywatnym.
Nie usiadła na ławce, zamiast tego rozsiadając się naprzeciwko Greyback, na trawie. Zadarła nieco głowę, aby spojrzeć Ashling w twarz. Od ostatniego spotkania zmieniło się w niej tyle, że włosy miała trochę krótsze – pamiątka przypalenia podczas Beltane. Może była trochę bledsza czy chudsza, ale to były bardzo drobne zmiany, trudne do wyłapania. A sama teraz patrzyła… Chcąc wyłapać, czy podobne nie zaszły w Ashling.
Bo gdyby to było towarzyskie spotkanie, pewnie ta wybrałaby to miejsce. Mimo wesołego tonu, Brenna zastanawiała się, czy coś się nie stało. Nie miała pojęcia, czym ta się chciała podzielić – chociaż jeżeli się na to zdecydowała, to trudno było wybrać lepiej. Brat Brenny od lat był wilkołakiem, a ona stała u jego boku, gotowa własne, wilcze kły wbić w każdego, kto spróbowałby z tego powodu go atakować. Do licha to dla niego stała się animagiem.
– Mogę ci jakoś pomóc? – spytała wprost, chociaż przyjazny uśmiech wciąż błąkał się jej po wargach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.