Mrugał oczyma, spoglądając na ten dom. Tę... kuźnię. Spodziewał się czegoś dużego, ale... nie spodziewał się... tego? Naprawdę nie był pewien, czy dobrze trafił. Niby budynek nie wyglądał jak stodoła czy stajnia, ale wielkościami WSZYSTKIEGO naprawdę jej dorównywał. Ciężko wyglądać jak profesjonalny klient, który przyszedł tutaj wiedząc, czego chce, kiedy widząc taki, hm... OGROM... ogrom... wszystkiego! Nawet jego jarczuk wydawał się przy tym jakiś taki... mały... maluszki? Ba! Nawet Michael, który jest wielkim rumakiem byłby tutaj jakimś takim marnym niczym. Tak i wielkie oczy selkie wpatrywały się w wielkie twory półolbrzymów.
- Jestem? - Zapytał jakoś tak wcale niepewny, ale uśmiechnął się. Równie niepewnie. W tym świecie nigdy nie było dość cudów, jakie można było zobaczyć i jakich można było doświadczyć. Ciągle pojawiało się coś nowego, co całkowicie wytrącało cię z równowagi i powodowało, że nowe dane były zapisywane na pergaminie zwanym dalej mózgiem. Gorzej, kiedy to piór spisujące dane nagle zaczynało drapać swoją powierzchnię. Całkowicie niezdrowo! - Siad. Zostań. - Nakazał zwierzęciu, które spojrzało na niego swoimi wielkimi, czarnymi oczami, jakby miało do niego żal, że musi tutaj zostać. Laurent odetchnął i pogłaskał go krótko po głowie, zanim ruszył do przodu. Nieszczególnie się przy tym śpiesząc i próbując dojrzeć coś więcej we wnętrzu, zanim wpadnie w paszcze lwa. Czy raczej - wilka. I problemem nawet nie były widoki, bo te były absolutnie imponujące. Problemem był zapach.
Bogowie, jak tu śmierdziało! Laurent aż się zatrzymał i w pierwszej chwili zrobiło mu się niedobrze, to i zamrugał oczami parę razy, nie chcąc wyjść na, na... no na snoba, którym w sumie był. Pojawianie się Hjalmara było prawie jak ratunek. Albo nie! Gorzej! Przed nim jeszcze bardziej źle byłoby wypaść... źle! Przyzwyczaisz się - przekonał samego siebie, starając się przezwyciężyć to... ale nie. Nie był w stanie. Cofnął się o krok, przywdziewając na usta sympatyczny uśmiech.
Laurent próbujący bronić honoru siostry poległby już na samej próbie rzucenia wyzwania, pokonany przez smród potu mieszający się z wonią żelaza.
- Aaa może byśmy skorzystali z ładnej pogody? - Zaproponował szybko, żeby czasem Hjalmar nie zdążył mu uciec! Z dwójki tego rodzeństwa to Pandora rwała swoje sukienki, wkładała spodnie i latała po drzewach. Laurent to był panicz salonów, a czyjeś wchodzenie na drzewo co najwyżej przyprawiało go o zawał. No bo co, jeśli spadnie? - Jest wytresowany, nie musisz się przejmować. Dzień dobry, miło mi cię widzieć. I miło mi również pana poznać. - Wychylił się troszkę, spoglądając na samca nad samcami alfa kogoś, kogo tak samo pieszczotliwie można było nazwać człowiekiem, jak Dumę - psem. Kolana prawie Laurentowi zmiękły i zrobił przez moment większe oczy. Na bogów, naprawdę nie chciał się zachowywać niesympatycznie, ale był zupełnie rozstrojony. Jakby gafa za gafą były po prostu wpisane w to spotkanie. Wyciągnął na spotkanie Hjalmara dłoń, żeby ją uścisnąć. Owszem, mężczyzna był od niego wyższy (jak chyba ponad połowa mężczyzn, jakich spotykał), ale to w ogóle nie było porównanie z Dagurem. Laurent jakoś patrzył teraz inaczej na Hjalmara. I tylko dlatego, że się zastanawiał, jak on powstał, skoro jego ojciec...
- Mam nadzieję, że nie niepokoję? Przychodzę jako klient. - Zapewnił od razu, żeby nie pozostawiało wątpliwości, dlaczego w ogóle się stawił i gdyby miało to jakikolwiek wpływ na przyjęcie go, bo może akurat otwierają kuźnię później? Nie wiedział. To i przyszedł się dowiedzieć. - Zastanawiając się, w którą stronę się pochylić uznałem, że lepszych ekspertów nie znajdę.